niedziela, 5 lutego 2012

Na Babcię


... I ubywa ich z każdym dniem
Coraz mniej tych Babć zostało...

Jak mosty pomiędzy dwoma światami

Bo choć są z nami, to jakby gdzieś indziej
Jakby się jeszcze nie zadomowiły

Te ubrania z wielkiej szafy, z zapachem naftaliny
Wielokrotnie cerowane i chustka na głowie
Do kościoła płaszcz
Coż że sprzed 40 lat – przecież ciepły
I wyrazy tak bardzo już obce
I wspomnienia o dawnej Polsce
I książeczka – jakże zużyta
różaniec też wytarty – omodlony

Patrzy w okno – może wygląda syna
co nie wrócił z rejsu
(i nie wróci, bo chłopak utonął z 30 lat temu)

Rano znów: „Kiedy ranne”
wieczorem: „Wszystkie nasze”
„Co za słowa, Babciu,
dziś już tak się nie mówi
– nie kumasz?”

Bo zawsze było pod górkę
A to wojna, a to bolszewiki
Zawsze strach – czy nie przyjdą i nie zabiorą
Nerwówka – co dać zjeść
Eh, zawsze coś...

A dziś, cóż zostało?
Trochę pożyć jeszcze
Trochę, żeby nie ciążyć tak bardzo

A potem pójść Tam
dokąd koledzy ze szkolnych lat
Zostawić mieszkanie posprzątane
I kwiaty podlane
Amen

... I ubywa ich z każdym dniem
Coraz mniej tych Babć zostało...


poniedziałek, 28 listopada 2011

Na Świętego Andrzeja

Nasza codziennność miejscem spotkania z Chrystusem


Przeżywamy (30 listopada) we wspólnocie Kościoła święto Św. Andrzeja Apostoła. Ewangelia ukazuje nam powołanie na apostołów dwóch braci: Andrzeja i Szymona, zwanego Piotrem oraz dwóch innych braci: Jakuba i Jana, synów Zebedeusza. Z początku św. Andrzej należał do grona uczniów Jana Chrzciciela, później jednak dołączył do grona naśladowców Chrystusa. Wg tradycji św. Andrzej głosił Ewangelię na terenach późniejszego Bizancjum, w Azji mniejszej i w Grecji, gdzie też poniósł śmierć męczeńską w mieście Patras, ukrzyżowany na krzyżu w kształcie litery „x”. Znak ten z czasem nazwano „krzyżem św. Andrzeja”. Dzisiejszy Patron otaczany jest wielką czcią również w Kościele Prawosławnym.

Św. Andrzej zostaje powołany przez Chrystusa w zwyczajnych okolicznościach – podczas swojej pracy. Chrystus wkracza w jego i jego brata świat i powołuje ich, aby stali się rybakami ludzi. Widzimy więc, że Chrystus wzywa ludzi zajmujących się konkretnymi sprawami, mających określone zajęcia, obowiązki i zdolności. Dokonuje się to w konkretnym miejscu i czasie, ponieważ miejscem spotkania z Bogiem jest zawsze nasze życie, nasza rzeczywistośc, realia, w których żyjemy. Bóg nigdy nie niszczy naszej historii. Przeciwnie, bazuje na niej i pośród niej właśnie przeprowadza swoją wolę. Nawet jeśli nasza historia jest dla nas trudna, może wstydliwa, nawet jeśli nie akceptujemy jej konkretnych momentów – dla Boga nie stanowi to przeszkody. Przeciwnie, w naszej małości może okazać się wielkość Boga. On bowiem patrzy dalej, poza nasze często ograniczone i zasępione spojrzenie.

Możemy być pewni, że i św. Andrzej miał chwile słabości, zwątpienia. Nie był w tym różny od nas. Nie wiemy nic, aby stawał w obronie Chrystusa podczas Jego męki i śmierci na krzyżu. Mógł więc mieć chwile słabości i zwątpienia, lęku i ucieczki. Ale pozostał uczniem Jezusa. Apostoł bowiem, a więc i chrześcijanin, to ten, który kroczy przez życie świadomy własnej słabości, w pokorze i kruchości. Kroczy naprzód oparty o jedyną skałę, Jezusa Chrystusa.

Za Mną

Dziś Zbawiciel mówi do Andrzeja i Piotra: „Pójdźcie za Mną”. To bardzo ważne, owo „za Mną”. Czy jestem w stanie dać się prowadzić Chrystusowi. Iść za NIM tam, dokąd ON chce; tam, gdzie ON mnie widzi? Dziś w dobie „mega indywidualizmu”, kiedy promowana jest nasza niezależność i samowystarczalność, trudno jest nam iść za kimś innym, trudno jest się zawierzyć. Co krok nasza podejrzliwość nakazuje nam nieufnie patrzeć na jakiekolwiek propozycje dotyczące naszej osoby. Ile to razy słyszeliśmy – może już w dzieciństwie: „Umiesz liczyć? Licz na siebie” albo „nie ufaj nikomu”, „to ty jesteś sobie sterem, żeglarzem i okrętem”...

Jeśli trwamy w takim przekonaniu, to powinniśmy sobie to uświadomić w miarę szybko – im szybciej, tym lepiej. Im szybciej dostrzeżemy, że mamy pokusę albo wręcz jesteśmy „pępkami” świata, którym nie uśmiecha się słuchać kogokolwiek, które chcą, aby wszystko tańczyło wokół nich – tym mniej zniszczymy po drodze naszych bliźnich i również sami sobie mniej zaszkodzimy. Bo w imię czego dziś tylu ludzi cierpi? Nie myślę teraz o chorobach, lecz o tym piekle, jakie sami potrafimy sobie zgotować! Właśnie w imię tego, że ja – człowiek stałem się osią świata (axis mundi) i wszystko ma być podporządkowane moim zamysłom. Jeśli to ja jestem najważniejszy, jeśli to ja nie chcę służyć i cierpieć dla bliźniego – tracić swoje życie, jeśli to ja chcę wciąż więcej i więcej – oto piekło na ziemi. I nikt mnie nie zatrzyma w przeprowadzaniu mojej woli. I w imię tej woli rozpadają się rodziny; w imię tej woli zdradzamy, porzucamy dzieci, mścimy się, zakładamy sprawy sądowe – bo moje musi być na wierzchu, bo ja nie chcę cierpieć! Ja chcę żyć! Nie uśmiecha mi się iść za Chrystusem dokąd ON zechce! Nie chcę być jak On, jak potulny baranek prowadzony na rzeź. Tu się kończy moja religijność, bo w gruncie rzeczy nie wierzę, że moim oparciem jest Ojciec z Niebie. Msza mszą, kościół koścołem, ale moje życie jest moje! Bóg jest w niebie, jest daleko, ja muszę sobie na ziemi radzić sam! Ilu z nas tak nie myśli?

W stronę wiary żywej

Oczywiście – św. Andrzej też przeszedł swoją drogę – słuchał słów Chrystusa, przebywał z Nim, widział Jego cuda. Musiał dojrzeć do bycia świadkiem Zbawiciela. Musiał przede wszystkim doświadczyć tego, że Jezus Chrystus, ukrzyżowany i pogrzebany – zmartwychwstał i żyje! Doświadczył, że w Chrystusie, w Jego śmierci i zmartwychwstaniu zostały przebaczone wszystkie grzechy. Zesłanie Ducha Świętego dodało zaś apostołom odwagi, aby wyruszyć głosić tę dobrą Nowinę innym narodom. 

Wydaje się, że to właśnie jest newralgiczny punkt autentyczności naszego chrześcijaństwa. Jest to pytanie o obecność w naszej historii tych mocnych spotkań z Chrystusem Zmartwychwstałym. Bez żywej wiary, to wszystko, co słyszymy w Kościele, może nam się jawić jako czysty moralizm, a przykazania Jezusa jako nowina bardziej uciążliwa, aniżeli dobra. Tylko człowiek, który zobaczył w historii swojego życia, że jest grzesznikiem i że Bóg w Chrystusie całkowicie przebacza mu grzechy, może o tym świadczyć. I więcej: tylko człowiek, który widzi, że podążanie za Chrystusem w 100% naprawdę czyni go szczęśliwym, że wzystko, co przychodzi, co się dzieje, jest łaską Boga – taki człowiek staje się, przez samą swoją obecność, apostołem.

Czy ja doświadczyłem, że On naprawdę mnie kocha takim jakim jestem; że On mi przebacza grzechy i pomaga iść naprzód? Możemy powiedzieć nawet coś, co wydaje się skandaliczne: Tylko Chrystus kocha nas i jednocześnie nie oczekuje, że się zmienimy! Albo inaczej: kocha nas tak samo, niezależnie od tego, czy jesteśmy przy Nim, czy też daleko od Niego! Proszę się nie gorszyć. Taki jest nasz Zbawiciel. Czy ktoś inny nas tak kiedykolwiek kochał? Nie! Zawsze, wcześniej czy później, wychodzą na wierzch nasze ludzie oczekiwania, nasze pretensje. A Chrystus nie! On kocha nas zawsze tą samą miłością. I właśnie doświadczenie tej miłości, która jest namacalna we wspólnocie Kościoła, w znakach sakramentalnych, jest w stanie uczynić nas jej świadkami. Tak jak apostołowie spotkali zmartwychwstałego Pana, zostali umocnieni Duchem Świętym, przekonując się, że śmierć została pokonana, tak samo my, dzieci Kościoła, dzisiaj możemy to właśnie przeżyć. Oto nasze grzechy są odpuszczone, oto Chrystus, zupełnie za darmo daje nam nowe życie, które bije ze źródła chrzcielnego, które jest umacniane słuchaniem słowa i sakramentami oraz braterskim życiem we wspólnocie.

Wyruszyć natychmiast

Ważne jest również owo „natychmiast”, które wybrzmiewa w dzisiejszej Ewangelii. Piotr i Andrzej nie stawiali żadnych warunków, nie wiedzieli też w co wchodzą. Zostawili swoje zabezpiecznie – pracę – i poszli za Chrystusem. Odtąd to On staje się dla nich nową drogą życia. Czy my odnajdujemy w sobie tę odwagę, jaką miał Andrzej? Czy jesteśmy w stanie całkowicie zawierzyć Chrystusowi ufni w to, że to On jest autorem naszego życia i że możemy na Nim całkowicie polegać? Czy jesteśmy w stanie dziś na nowo wyruszyć za Chrystusem – i to natychmiast? Tam, dokąd On nas pośle? Czy chcemy oddać nasze ciała i dusze – to wszystko, co nas stanowi – dla ewangelizacji?

Chrześcijanin, jeśli przeżywa swoje życie w głębokiej, intymnej relacji z Jezusem Chrystusem, nigdy nie będzie miał tzw. „świętego spokoju” i „małej stabilizacji”. Zawsze bowiem nadarzy się sposobność, aby zwiastować Ewangelię. I nawet jeśli spotyka nas w zamian cierpienie, jakaś forma umierania (strata przyjaciół, posady w pracy, bycie traktowanym jak ktoś niespełna rozumu, itd.) czy nawet faktycznie śmierć – to i tak jesteśmy spokojni, ponieważ naszą ostoją i gwarancją jest Jezus Chrystus. Jego Duch, który przenikał serca pierwszych aspostołów, św. Andrzeja – ten sam Duch, poprzez słuchanie słowa Bożego, sakramentalną komunię z Chrystusem i życie we wspólnocie – uzdalnia nas do mężnego świadczenia o Zbawicielu. Choć od czasów św. Andrzeja upłynęło tyle wieków, zmienił się świat – Duch Święty, Duch Chrystusa Zmartwychwstałego jest ten sam i orędzie to samo: Jedynym Zbawicielem Świata jest Jezus Chrystus. I dla Niego właśnie warto oddać swoje życie!


piątek, 4 listopada 2011

O śmierci, wieczności i nekrologach słów kilka

Początek miesiąca listopada skłania nas zazwyczaj do zadumy nad tajemnicą naszego przemijania. Dzięki Bogu jesteśmy wprowadzeni w tę refleksję Uroczystością Wszystkich Świętych, a więc od razu ukazana jest perspektywa tej ziemskiej wędrówki. I z tą właśnie świadomością chrześcijanie wspominają swoich zmarłych. To ci, którzy nas poprzedzili w pielgrzymce do Nieba. Trzeba wykorzystać te pierwsze listopadowe dni, zanim wkrótce zostaną stłumione "Bożonarodzeniowym" szaleństwem. 

Zawsze, ilekroć idę na cmentarz, wraca do mnie pytanie: a kiedy ja? I cały czas zmagam się w sobie, aby przezwyciężyć tę mentalność, że moja śmierć nie tyle będzie zostawieniem świata, ile raczej pójściem w ramiona kochającego Boga. Bo rzeczywiście, niby chcę żyć wiecznie, ale.... jeszcze nie dziś! To kiedy? To wie Dobry Bóg.

Pracując w duszpasterstwie cieszyłem się zawsze, ilekroć przypadała mi kolejność sprawowania pogrzebu. Uważam, że ta liturgia (msza święta i obrzędy pogrzebu) jest ogromnym skarbem, aczkolwiek wciąż nieodkrytym. Ze słów i znaków pogrzebowych płynie potężna moc Dobrej Nowiny. Celebrując pogrzeb jesteśmy razem z Chrystusem na Kalwarii ale i doświadczamy tego przebłysku nadziei, jaki ogarnął niewiasty widzące pusty grób. Uważam, że liturgia pogrzebowa może i musi stać się szczególnym momentem obwieszczania Chrystusa Zmartwychwstałego. A poszczególne etapy (słowo Boże, pięknie sprawowana Eucharystia - bez pośpiechu!!!, śpiewy, pokropienie i okadzenie trumny, słowo do rodziny) mogą stać się miejscem czasem spotkania wiernych ze Zmartwychwstałym Panem.

I jeszcze jeden wątek, nurtujący mnie od jakiegoś czasu: nekrologi. Uważam, że zamieszczanie przez chrześcijan nekrologów zarówno w  miejscu zamieszkania, w gablotach parafialnych, jak i w prasie powinno miec wymiar EWANGELIZACYJNY. Nekrolog nie może być tylko informacją o śmierci bliskiej osoby. Co gorsza, ta informacja często jest BEZNADZIEJNA, w tym sensie, że nie napawa żadną nadzieją, nie otwiera perspektywy życia wiecznego. Do tej refleksji skłonił mnie pewien nekrolog, który przeczytałem w watykańskim dzienniku L'Osservatore Romano. W tym nekrologu, zamieszczonym przy okazji śmierci jednego z hierarchów, napisane było, że "N.N. POWRÓCIŁ DO DOMU OJCA". Oczywiście przypomniały mi się momenty, gdy odchodził Bł. Jan Paweł II. Ale zdałem sobie również sprawę, że tak zamieszczony nekrolog ukazuje mi zupełnie inną perspektywę. Dotychczas widziałem w nekrologach przede wszystkim rodzinę: pogrążoną w bólu, nieutuloną w żalu... A taki nekrolog przekłada akcent na Zmarłego, jako OSOBĘ, którego DUSZA ŻYJE. A więc nekrolog może i (w przypadku wierzących chrześcijan) MUSI mieć wymiar ewangelizacyjny - by człowiekowi, który zatrzyma się nad nekrologiem, ta lektura obwieściła prawdę o życiu wiecznym, o tym, że zmarły trwa w Bogu.

Oczywiście od strony praktycznej wiąże się to z pewnymi utrudnieniami, bo trzeba zmienić szablon, bo trzeba więcej zapłacić, bo co pomyślą ludzie, itd. Niech jednak zawsze dodaje nam odwagi  ta nadzieja, że nasi zmarli poprzedzili nas w drodze do domu Ojca, do którego wszyscy my również zdążamy. Nekrolog może być tym miejscem, od którego w życiu wielu osób może zacząć się przemiana.

Chrześcijanin żyje paschalnie, umierając zyskuje życie. Zarówno w małych śmierciach dnia codziennego, jak i w tej największej walce, jaką kiedyś zmierzymy, gdy zamkniemy oczy, ustanie nasz oddech i... ujrzymy Go takim, jakim jest. I już na wieki nic nas nie odłączy od miłości Boga objawionej w Chrystusie Jezusie.

"Kto nas odłączy od Jego miłości....?"


wtorek, 11 października 2011

Powyborczo-eklezjalnie

Mam mieszane uczucia. Toczy się we mnie walka pomiędzy dwiema wizjami: Boże, a może da się jakoś je pogodzić? 

Z jednej strony nieźle jestem wkurzony z powodu wyników wyborów w Polsce (również głosowałem, w ambasadzie). Może nie tyle dziwi mnie wynik PO, ile bardziej fakt, że co czwarty młody Polak poparł antyklerykała. Co czwarty młody Polak, którego - raczej - ewangelizowaliśmy (my - Kościół), daliśmy sakramenty, uczyliśmy religii. Takie są fakty. Powraca poważne pytanie dotyczące inicjacji chrześcijańskiej: na jakiej podstawie chrzcimy, jakie mamy "narzędzia" rozeznawania motywów, odróżniania religijności od wiary, zwyczaju od przekonania, gdy dopuszczamy do bierzmowania, gdy akceptujemy błogosławienie związków małżeńskich. Jeśli nam, kapłanom, po tylu latach formacji, zdarzają się upadki i dokonują się odejścia - to co dopiero z wiernymi świeckimi, którzy nie mają szans przejsć tej podstawowej foramcji we własnych rodzinach i parafiach.
Te wybory, to też zimny prysznic dla nas - ludzi Kościoła. Przejrzyj, zbudź się ze snu iluzji, nie uspokajaj się, że w innych krajach jest gorzej... Co, jako Kościół, robimy, aby ochrzczeni stawali się rzeczywistymi świadkami Zmartwychwstałego?

Z drugiej strony wiem, że "uczeń nie jest nad Mistrza" i że oznaką wiarygodności Kościoła były, są i będą PRZEŚLADOWANIA. W pewnym sensie to musi się stać! Nasz Zbawiciel, nie złorzeczył, gdy Mu urągano i  - jak kryminalistę - przybijano Go do krzyża. Nie złorzeczył, lecz modlił się za tych, którzy - z różnych powodów - byli wtedy zaślepieni. Jestem przekonany, że o wiele bardziej powinniśmy przyjmować postawę Chrystusa, sługi Boga, aniżeli iść na konfrontację z tym światem, używając jego metod. Powie ktoś, że prawdy trzeba bronić. Prawda obroni się sama. Tak, jak Jezus, wisząc na krzyżu, nie mówił: "Panowie, dajcie spokój, jesteście w błędzie, to nie tak, jak myślicie...", bo wierzył, że Jego opoką jest Ojciec i do Niego należy ostatnie zdanie i nie został zawstydzony zmartwychwstając dnia trzeciego; tak też my - chrześcijanie - upatrujmy naszego usprawieliwienia w Ojcu, w Jego Opatrzności, a nie w trybunałach ziemskich. 

Jest też pokusa stopienia się ze światem Być po trochu tu i tam. Otóż, wg mnie, to coraz trudniejsze. Coraz więcej jest przestrzeni, na których chrześcijanin mówi - to nie dla mnie. Owszem, za cenę utraty znajomości, czasem pracy... Akurat tutaj w Rzymie przeżywamy pewną sytuację. Otóż w jednym ze szpitali pracowało kilka sióstr zakonnych. Pracowały na podstawie kontraktu, w którym między innymi było zastrzeżone, że szpital respektuje nauczanie Kościoła w kwestiach etycznych. Kilka miesięcy temu kierownictwo szpitala zapowiedziało, że zmienia zapis i wprowadza metodę in-vitro. Siostry już dziś tam nie pracują. Podjęły decyzję, że odchodzą. Na pewno był żal i smutek, ale też nadzieja, że wierność Chrystusowi nie pozostanie zapomniana. 

Bo o to się rozgrywa walka: skąd płynie moje życie? Kto zabezpiecza mój los? Pieniądze? Szef? W kim pokładam nadzieję? No własnie, w kim - w czym? Weryfikuje to moja - nasza - codzienność. 

Dobranoc Państwu.

niedziela, 25 września 2011

"Gościu, siądź pod mym liściem...", a życie życiem

Trochę mnie to denerwuje i to już od dłuższego czasu! A teraz się to we mnie spotęgowało. Co? To! Nasza obłuda. Chlubimy się w świecie jacy to my - Polacy - jesteśmy otwarci, gościnni. Niczym lipa w Czarnolesie udzielająca swego cienia zmęczonemu wędrowcy. Na gościa z zagranicy to może i owszem. Bo przecież pokazać się trzeba. A wobec siebie? Jak wygląda nasza codzienność ta szara, deszczowo-poniedziałkowa?

Czyżby po latach komuny, negowania własności prywatnej, upubliczniania wszystkiego, wajcha odbiła w drugą stronę? 

Dobra, o co chodzi...

Chodzi o to życie codzienne, sąsiedzkie. Pamiętam, że w dzieciństwie normalną rzeczą było iść do sąsiadki pożyczyć cukier czy jajka. Drzwi od mieszkania właściwie zamykaliśmy dopiero na noc. W kamienicy czuło się wspólnotę z sąsiadami.

Potem przyszła nowoczesność. My, Polacy, dorabialiśmy się. Mieliśmy coraz więcej rzeczy, rzeczy, rzeczy, rzeczy, rzeczyyyyyyyyyy. I coraz mniej nas łączyło między sobą. Nowe drzwi, zamki antywłamaniowe, super domofony, monitoring. W końcu zniknęły nazwiska. Bo ochrona danych osobowych. Bo złodzieje, bo Cyganie, a może Niemcy znów najadą - a wtedy przecież nas nie znajdą. Rzeczywiście. Złodzieje zabijają się o to, kto pierwszy wyniesie Ci z domu dvd albo zmywarkę. Więc, Polaku, jesteś bezpieczny w swoim małym, ustabilizowanym świecie.

A kto mieszka za ścianą? A sąsiad coś jadł? Czasem dopiero odór rozkładających się zwłok dał znać, że z Panią spod 9 coś nie tak...

Wczoraj byłem u pewnej rodziny, tutaj, w Rzymie. Mieszkanie ogromne, lekko z 200 m2. Podchodzę do klatki schodowej, znajduję na domofonie ...nazwisko... Jest nazwisko! A byłem przekonany, że trzeba będzie się ratować komórką. Ale jest. I jest więcej nazwisk. I oni się tak nie boją? Tak nazwiska umiesczać, że każdy z ulicy przeczytać może? No nie boją się. A po 3 miesiącach życia tutaj - z tego, co widzę - jest to kraj o wiele bardziej niebezpieczny i kryminogenny aniżeli Polska. I się nie boją... Dzwonię, wchodzę... A więc można...

Jasne, że tego może od razu nie zmienimy. Ale może wpierw mentalność. Że ten obok, że ten przechodzień to mój bliźni, a nie wróg. 

Podczas udzielania sakramentu małżeństwa w momencie końcowego błogosławieństwa padają takie słowa: Wśród świata bądźcie świadkami, że Bóg jest miłością, aby stroskani i ubodzy, doznawszy waszej pomocy, przyjęli was kiedyś z wdzięcznością do wiekuistego domu Boga. 


Jan Kochanowski, Na Lipę

Gościu, siądź pod mym liściem, a odpoczni sobie!
Nie dójdzie cię tu słońce, przyrzekam ja tobie,
Choć się nawysszej wzbije, a proste promienie
Ściągną pod swoje drzewa rozstrzelane cienie.
Tu zawżdy chłodne wiatry z pola zawiewają,
Tu słowicy, tu szpacy wdzięcznie narzekają.
Z mego wonnego kwiatu pracowite pszczoły
Biorą miód, który potym szlachci pańskie stoły.
A ja swym cichym szeptem sprawić umiem snadnie,
Że człowiekowi łacno słodki sen przypadnie.
Jabłek wprawdzie nie rodzę, lecz mię pan tak kładzie
Jako szczep napłodniejszy w hesperyskim sadzie.