Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łamanie słowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łamanie słowa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 marca 2017

Kilka myśli na I Niedzielę Wielkiego Postu


W minioną środę, zwaną „popielcową”, rozpoczęliśmy liturgiczny okres Wielkiego Postu. Czas ten

«[…] służy przygotowaniu do obchodu Paschy. Liturgia wielkopostna przygotowuje katechumenów do obchodu paschalnego misterium przez różne stopnie wtajemniczenia chrześcijańskiego, a wiernych przez wspomnienie przyjętego chrztu i pełnienie pokuty» (Ogólne normy roku liturgicznego i kalendarza, 27).

Dany nam jest więc czas szczególny, kolejny już raz w naszym życiu, abyśmy odnowili w sobie nasze chrześcijańskie powołanie, weszli w postawę nawrócenia i owocnie dotarli do celebracji, w której będziemy wspominać i uobecniać zwycięstwo Chrystusa nad grzechem i śmiercią.

Jeśli poważnie podchodzimy do życia wiarą, życia we wspólnocie Kościoła, to odkryjemy, że ono realizuje się na sposób liturgiczny: tym, co wyznacza czas naszej egzystencji jest nie tylko czysta chronologia zdarzeń, doświadczenie upływania dni i lat, starzenia się i umierania, ale również, a może przede wszystkim to, że nasze stawanie się starszymi i zmierzanie ku śmierci dokonuje się wewnątrz dynamiki roku liturgicznego. Na nieustanną nowość czasu nakłada się powtarzalność celebracji Kościoła, która ze swej strony również ma w sobie niezwykłą nowość. Rok liturgiczny staje się swego rodzaju wehikułem, który prowadzi nas ku wieczności poprzez konkretne miejsce i czas. W takim rozumieniu chcemy rozpoczynać ten Wielki Post.

W pierwszym czytaniu słyszymy o Bożym planie wobec człowieka, o pragnieniu, by był on szczęśliwy oraz o tym, że zamysł ten człowiek sprzeniewierzył. Przestrzeń wolności, jaką Bóg dał swemu stworzeniu była dla niego całkowicie wystarczająca, by wieść życie szczęśliwe, w pokoju ducha, w miłości do bliźniego, stworzenia i, oczywiście, do Stwórcy. Lecz, jak mówi nam tekst, w tę komunię wkracza zamęt. Wąż podchwytliwie stawia pytanie niewieście i ono zaczyna pracować w jej sercu: «Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?» (Rdz 3,1). Wiemy, że Pan Bóg nie zakazał jeść ze wszystkich drzew ogrodu, lecz tylko z drzewa poznania dobra i zła. Można więc powiedzieć, że Bóg sobie i tylko sobie rezerwuje określanie granic tego, co jest moralnie dobre a co moralnie złe. W tym sensie nie do człowieka należy ta misja. 

Człowiek jest szczęśliwy wówczas, gdy o krok przed nim idzie Bóg i Jego prawo. Ale właśnie tak postawionym pytaniem kusiciel sugeruje, że skoro choć jednej rzeczy wam nie wolno, to w istocie nie jesteście ludźmi wolnymi. Malutka wątpliwość zasiana przez kusiciela kiełkuje i stopniowo prowadzi do grzechu, do szukania życia poza Bożym planem. W tę tragiczną drogę zostaje również wciągnięty mężczyzna: oboje mówią swoje Amen na fałszywą katechezę szatana.

Widzimy w postawie Ewy coś, co dobrze znamy z historii osobistej. Wąż jawi się przed niewiastą jako jej adwokat, jak ktoś, kto chce rozszerzyć jej horyzonty, pomóc wykorzystać całość potencjału jaki posiada, lecz w konsekwencji prowadzi na manowce. Ileż to razy, mając już przecież doświadczenie ewidentnego zła grzechu, naiwnie do niego wracaliśmy. Nosimy w sobie tę ranę zadaną nam przez grzech pierworodny, która sprawia, że tak łatwo odwracamy się od Boga, od jego planu na nasze życie. I gdzieś na głębinach serca dociera echo wątpliwości, którą zasiał w sercu Ewy kusiciel:

«Bóg cię ogranicza, nie daje Ci pełnego szczęścia, żyjesz w klatce jego nakazów, a prawdziwe życie zaczyna się dopiero poza nim. Zerwij smycz dogmatów, by poznać czym naprawdę jest życie».

Choć zmieniają się okoliczności, schemat rebelii przeciw Bogu jest taki sam: szczęście jest poza Bogiem, poza Jego prawem. Ilu to ludzi uwierzyło w te obietnice i zbuntowało się przeciw zamysłowi Stwórcy? Rozbite małżeństwa i rodziny, porzucone sutanny, poranieni i oszukani ludzie. 

Oczywiście, że jest to zawsze osobisty dramat. Czasem chciałoby się zawołać do kogoś: «Zatrzymaj się! Wróć». Bóg sobie nie kpi z człowieka i powołując go, daje odpowiedni oręż, aby tę walkę stoczyć. Naszym problemem jest to, że pozwalamy się wodzić za nos szatanowi, który działa stopniowo, poszerzając powoli swoje pole wpływu na nas. Wsącza truciznę obojętności, relatywizmu, a przede wszystkim chce nas odseparować od Boga, byśmy nie słyszeli już jego głosu, chce rozerwać tę intymną więź między Stwórcą a stworzeniem; chce by do serca człowieka już nie docierał głos Ojca: «kocham Cię». We wspólnocie Kościoła otrzymujemy odpowiedni oręż tej duchowej walki:

«W końcu bądźcie mocni w Panu - siłą Jego potęgi. Obleczcie pełną zbroję Bożą, byście mogli się ostać wobec podstępnych zakusów diabła. Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich. Dlatego weźcie na siebie pełną zbroję Bożą, abyście w dzień zły zdołali się przeciwstawić i ostać, zwalczywszy wszystko. Stańcie więc [do walki] przepasawszy biodra wasze prawdą i oblókłszy pancerz, którym jest sprawiedliwość, a obuwszy nogi w gotowość [głoszenia] dobrej nowiny o pokoju. W każdym położeniu bierzcie wiarę jako tarczę, dzięki której zdołacie zgasić wszystkie rozżarzone pociski Złego. Weźcie też hełm zbawienia i miecz Ducha, to jest słowo Boże - wśród wszelakiej modlitwy i błagania. Przy każdej sposobności módlcie się w Duchu!» (Ef 6,10-18).

Po naszej więc stronie jest decyzja. Tam, gdzie dajemy posłuch podszeptom szatana inkarnując je, po czasie pozostają tylko spalona ziemia, cierpienie i łzy, choć z początku wszystko było przedstawiane jako dobro: «niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia » (Rdz 3,6). Dlatego chrześcijanin, wyposażony w łaskę Bożą, ma tę moc Ducha Świętego, aby rozeznawać proponowane mu wybory. Będzie w stanie przylgnąć całym sercem do tego, co pochodzi z Bożego zamysłu i tak samo zdecydowanie odrzucić to, co choć ukrywa się pod płaszczem dobra, jest szatańskim zakusem.

Przykład takiej duchowej walki jest nam dany w dzisiejszej Ewangelii. Jezus przygotowuje się do swojej publicznej działalności podejmując post i modlitwę. I w sytuacji osłabienia przystępuje do niego szatan. Widzimy tutaj ten sam mechanizm jak w przypadku Ewy: Szatan jawi się jako przyjaciel, jako ktoś, kto doskonale rozumie położenie Jezusa, ktoś, kto chce mu pomóc. Szatańskie jest również posługiwanie się Bożym słowem, aby skłonić Jezusa do uległości. Ale nawet taki zręczny kamuflaż nie zmyli Chrystusa. Widzimy, że jego reakcją jest nie dialog, jak w przypadku Ewy, lecz zdecydowane ucięcie pokusy, egzorcyzmowanie za pomocą Bożego słowa. Cios za cios, bez utraty koncentracji na poboczne tematy. Pokusy jakim jest poddany Chrystus, wydają się być czymś dobrym, bo w istocie nie ma niczego złego w chlebie, w czci aniołów oddawanej Bożemu Synowi czy też w dobrach tego świata. Problem jest w tym, że by posiąść te rzeczywistości, Chrystus musiałby zanegować Boży plan wobec niego, jako Syna Bożego. Było to ukazywanie jakiegoś substytutu szczęścia, krótkotrwałej ulgi, zaspokojenia, chwały. Jezus demaskuje jednak zamysł Szatana i całym sercem przylega do Bożego planu, który – czego jesteśmy świadkami – dał zbawienie światu.

Czasem i my jesteśmy kuszeni, aby skrócić sobie drogę, aby uciec od rzeczywistości, która wydaje się być bezsensowna, przegrana, nielogiczna. W takich sytuacjach przylgnijmy do Boga, jak Chrystus, i prośmy o siłę, by, pomimo wszystko, iść naprzód. Czas Wielkiego Postu, kiedy to Kościół proponuje nam wyjść na pustynię poprzez post, modlitwę i jałmużnę, niech będzie okresem naszej duchowej walki. Jest pewne, że jeśli na serio weźmiemy to zmaganie, to ujawni się kusiciel i pokaże nam nasze słabe punkty, zaczną wypełzać demony naszych grzechów, a wtedy mocą Bożą mogą one zostać przepędzone.

Na koniec chciałbym przytoczyć tekst piosenki „Lucy Phere” kultowego polskiego zespołu T.Love. Myślę, ze doskonale oddaje on to, w jaki sposób człowiek zostaje uwiedziony przez Szatana, który, jak zawsze, przychodzi niby jako obrońca, ułatwiacz życia, lecz na końcu i tak objawia się jego prawdziwy zamysł, Bądźmy czujni!


„Lucy Phere”

Więc Lucyfer rzekł do mnie
Pogadajmy spokojnie
Hej chłopaku, jak chcesz dźwignąć swój los?
Nawet głupi ci mówi
Nie podskoczysz królowi
Lepiej ze mną nabijaj swój trzos

Chodźmy razem więc w drogę
Będziesz mówił o Bogu
Ja ci zrobię fantastyczny PR
Kiedy trzeba się schowam
Kiedy trzeba zachowam
Jestem Lucy, a ty będziesz big star

Popatrz jak tu jest pięknie
Już czekają dziewczęta
Mówią słodko, wielbimy dziś cię
Moja trawa zielona
Kokainy ramiona
Mogą pomóc jeśli będzie ci źle.

Me królestwo jest wielkie
To co ludzkie jest piękne
Możesz mówić, że Bóg to twój dar
Mocno ściśnij me dłonie
I pamiętaj o żonie
Ja ci zrobię fantastyczny PR

Mój alkohol ma power
Na twe smutki i żale
Teraz dobrze to czujesz i wiesz
Nawet Jezus pił wino
Więc się napij z dziewczyną
A po kłótni najlepszy jest seks

Patrz kobiety cię pragną
Coraz mocniej cię łakną
Jesteś królem dziś większym niż Bóg
Ja to wszystko sprawiłem
Ja ci dałem tę siłę
Teraz chłopcze, czas spłacić swój dług

Teraz należysz do mnie
Ja cię srodze upodlę
Możesz mówić, ze Bóg to twój wódz
Będziesz taplał się w błocie
Kiedy trzeba pomogę
Ale potem upodlę cię znów

Lucy, ja już nie mogę
Wolę chyba być z Bogiem
Czemu na mnie uparłeś tak się
Nie wymiękaj dziecino
Jesteś moją ptaszyną
Będę z tobą na dobre i złe

Jestem najlepszym kumplem
Posmutniałeś okrutnie
Ja zachcianki potrzeby twe znam
Powiedz czy chcesz do baru
Czy do konfesjonału
Jeśli trzeba zaprowadzę cię tam

Chodźmy razem więc w drogę
Będziesz mówił o Bogu
Ja ci zrobię fantastyczny PR
Kiedy trzeba się schowam
Kiedy trzeba zachowam
Jestem Lucyfer a ty będziesz big star

Kiedy trzeba się schowam
Kiedy trzeba zachowam
Jestem Lucy a ty będziesz big star

(tekst: Muniek Staszczyk)


poniedziałek, 28 listopada 2011

Na Świętego Andrzeja

Nasza codziennność miejscem spotkania z Chrystusem


Przeżywamy (30 listopada) we wspólnocie Kościoła święto Św. Andrzeja Apostoła. Ewangelia ukazuje nam powołanie na apostołów dwóch braci: Andrzeja i Szymona, zwanego Piotrem oraz dwóch innych braci: Jakuba i Jana, synów Zebedeusza. Z początku św. Andrzej należał do grona uczniów Jana Chrzciciela, później jednak dołączył do grona naśladowców Chrystusa. Wg tradycji św. Andrzej głosił Ewangelię na terenach późniejszego Bizancjum, w Azji mniejszej i w Grecji, gdzie też poniósł śmierć męczeńską w mieście Patras, ukrzyżowany na krzyżu w kształcie litery „x”. Znak ten z czasem nazwano „krzyżem św. Andrzeja”. Dzisiejszy Patron otaczany jest wielką czcią również w Kościele Prawosławnym.

Św. Andrzej zostaje powołany przez Chrystusa w zwyczajnych okolicznościach – podczas swojej pracy. Chrystus wkracza w jego i jego brata świat i powołuje ich, aby stali się rybakami ludzi. Widzimy więc, że Chrystus wzywa ludzi zajmujących się konkretnymi sprawami, mających określone zajęcia, obowiązki i zdolności. Dokonuje się to w konkretnym miejscu i czasie, ponieważ miejscem spotkania z Bogiem jest zawsze nasze życie, nasza rzeczywistośc, realia, w których żyjemy. Bóg nigdy nie niszczy naszej historii. Przeciwnie, bazuje na niej i pośród niej właśnie przeprowadza swoją wolę. Nawet jeśli nasza historia jest dla nas trudna, może wstydliwa, nawet jeśli nie akceptujemy jej konkretnych momentów – dla Boga nie stanowi to przeszkody. Przeciwnie, w naszej małości może okazać się wielkość Boga. On bowiem patrzy dalej, poza nasze często ograniczone i zasępione spojrzenie.

Możemy być pewni, że i św. Andrzej miał chwile słabości, zwątpienia. Nie był w tym różny od nas. Nie wiemy nic, aby stawał w obronie Chrystusa podczas Jego męki i śmierci na krzyżu. Mógł więc mieć chwile słabości i zwątpienia, lęku i ucieczki. Ale pozostał uczniem Jezusa. Apostoł bowiem, a więc i chrześcijanin, to ten, który kroczy przez życie świadomy własnej słabości, w pokorze i kruchości. Kroczy naprzód oparty o jedyną skałę, Jezusa Chrystusa.

Za Mną

Dziś Zbawiciel mówi do Andrzeja i Piotra: „Pójdźcie za Mną”. To bardzo ważne, owo „za Mną”. Czy jestem w stanie dać się prowadzić Chrystusowi. Iść za NIM tam, dokąd ON chce; tam, gdzie ON mnie widzi? Dziś w dobie „mega indywidualizmu”, kiedy promowana jest nasza niezależność i samowystarczalność, trudno jest nam iść za kimś innym, trudno jest się zawierzyć. Co krok nasza podejrzliwość nakazuje nam nieufnie patrzeć na jakiekolwiek propozycje dotyczące naszej osoby. Ile to razy słyszeliśmy – może już w dzieciństwie: „Umiesz liczyć? Licz na siebie” albo „nie ufaj nikomu”, „to ty jesteś sobie sterem, żeglarzem i okrętem”...

Jeśli trwamy w takim przekonaniu, to powinniśmy sobie to uświadomić w miarę szybko – im szybciej, tym lepiej. Im szybciej dostrzeżemy, że mamy pokusę albo wręcz jesteśmy „pępkami” świata, którym nie uśmiecha się słuchać kogokolwiek, które chcą, aby wszystko tańczyło wokół nich – tym mniej zniszczymy po drodze naszych bliźnich i również sami sobie mniej zaszkodzimy. Bo w imię czego dziś tylu ludzi cierpi? Nie myślę teraz o chorobach, lecz o tym piekle, jakie sami potrafimy sobie zgotować! Właśnie w imię tego, że ja – człowiek stałem się osią świata (axis mundi) i wszystko ma być podporządkowane moim zamysłom. Jeśli to ja jestem najważniejszy, jeśli to ja nie chcę służyć i cierpieć dla bliźniego – tracić swoje życie, jeśli to ja chcę wciąż więcej i więcej – oto piekło na ziemi. I nikt mnie nie zatrzyma w przeprowadzaniu mojej woli. I w imię tej woli rozpadają się rodziny; w imię tej woli zdradzamy, porzucamy dzieci, mścimy się, zakładamy sprawy sądowe – bo moje musi być na wierzchu, bo ja nie chcę cierpieć! Ja chcę żyć! Nie uśmiecha mi się iść za Chrystusem dokąd ON zechce! Nie chcę być jak On, jak potulny baranek prowadzony na rzeź. Tu się kończy moja religijność, bo w gruncie rzeczy nie wierzę, że moim oparciem jest Ojciec z Niebie. Msza mszą, kościół koścołem, ale moje życie jest moje! Bóg jest w niebie, jest daleko, ja muszę sobie na ziemi radzić sam! Ilu z nas tak nie myśli?

W stronę wiary żywej

Oczywiście – św. Andrzej też przeszedł swoją drogę – słuchał słów Chrystusa, przebywał z Nim, widział Jego cuda. Musiał dojrzeć do bycia świadkiem Zbawiciela. Musiał przede wszystkim doświadczyć tego, że Jezus Chrystus, ukrzyżowany i pogrzebany – zmartwychwstał i żyje! Doświadczył, że w Chrystusie, w Jego śmierci i zmartwychwstaniu zostały przebaczone wszystkie grzechy. Zesłanie Ducha Świętego dodało zaś apostołom odwagi, aby wyruszyć głosić tę dobrą Nowinę innym narodom. 

Wydaje się, że to właśnie jest newralgiczny punkt autentyczności naszego chrześcijaństwa. Jest to pytanie o obecność w naszej historii tych mocnych spotkań z Chrystusem Zmartwychwstałym. Bez żywej wiary, to wszystko, co słyszymy w Kościele, może nam się jawić jako czysty moralizm, a przykazania Jezusa jako nowina bardziej uciążliwa, aniżeli dobra. Tylko człowiek, który zobaczył w historii swojego życia, że jest grzesznikiem i że Bóg w Chrystusie całkowicie przebacza mu grzechy, może o tym świadczyć. I więcej: tylko człowiek, który widzi, że podążanie za Chrystusem w 100% naprawdę czyni go szczęśliwym, że wzystko, co przychodzi, co się dzieje, jest łaską Boga – taki człowiek staje się, przez samą swoją obecność, apostołem.

Czy ja doświadczyłem, że On naprawdę mnie kocha takim jakim jestem; że On mi przebacza grzechy i pomaga iść naprzód? Możemy powiedzieć nawet coś, co wydaje się skandaliczne: Tylko Chrystus kocha nas i jednocześnie nie oczekuje, że się zmienimy! Albo inaczej: kocha nas tak samo, niezależnie od tego, czy jesteśmy przy Nim, czy też daleko od Niego! Proszę się nie gorszyć. Taki jest nasz Zbawiciel. Czy ktoś inny nas tak kiedykolwiek kochał? Nie! Zawsze, wcześniej czy później, wychodzą na wierzch nasze ludzie oczekiwania, nasze pretensje. A Chrystus nie! On kocha nas zawsze tą samą miłością. I właśnie doświadczenie tej miłości, która jest namacalna we wspólnocie Kościoła, w znakach sakramentalnych, jest w stanie uczynić nas jej świadkami. Tak jak apostołowie spotkali zmartwychwstałego Pana, zostali umocnieni Duchem Świętym, przekonując się, że śmierć została pokonana, tak samo my, dzieci Kościoła, dzisiaj możemy to właśnie przeżyć. Oto nasze grzechy są odpuszczone, oto Chrystus, zupełnie za darmo daje nam nowe życie, które bije ze źródła chrzcielnego, które jest umacniane słuchaniem słowa i sakramentami oraz braterskim życiem we wspólnocie.

Wyruszyć natychmiast

Ważne jest również owo „natychmiast”, które wybrzmiewa w dzisiejszej Ewangelii. Piotr i Andrzej nie stawiali żadnych warunków, nie wiedzieli też w co wchodzą. Zostawili swoje zabezpiecznie – pracę – i poszli za Chrystusem. Odtąd to On staje się dla nich nową drogą życia. Czy my odnajdujemy w sobie tę odwagę, jaką miał Andrzej? Czy jesteśmy w stanie całkowicie zawierzyć Chrystusowi ufni w to, że to On jest autorem naszego życia i że możemy na Nim całkowicie polegać? Czy jesteśmy w stanie dziś na nowo wyruszyć za Chrystusem – i to natychmiast? Tam, dokąd On nas pośle? Czy chcemy oddać nasze ciała i dusze – to wszystko, co nas stanowi – dla ewangelizacji?

Chrześcijanin, jeśli przeżywa swoje życie w głębokiej, intymnej relacji z Jezusem Chrystusem, nigdy nie będzie miał tzw. „świętego spokoju” i „małej stabilizacji”. Zawsze bowiem nadarzy się sposobność, aby zwiastować Ewangelię. I nawet jeśli spotyka nas w zamian cierpienie, jakaś forma umierania (strata przyjaciół, posady w pracy, bycie traktowanym jak ktoś niespełna rozumu, itd.) czy nawet faktycznie śmierć – to i tak jesteśmy spokojni, ponieważ naszą ostoją i gwarancją jest Jezus Chrystus. Jego Duch, który przenikał serca pierwszych aspostołów, św. Andrzeja – ten sam Duch, poprzez słuchanie słowa Bożego, sakramentalną komunię z Chrystusem i życie we wspólnocie – uzdalnia nas do mężnego świadczenia o Zbawicielu. Choć od czasów św. Andrzeja upłynęło tyle wieków, zmienił się świat – Duch Święty, Duch Chrystusa Zmartwychwstałego jest ten sam i orędzie to samo: Jedynym Zbawicielem Świata jest Jezus Chrystus. I dla Niego właśnie warto oddać swoje życie!


czwartek, 28 kwietnia 2011

Paschalność - Życie pośród śmierci

Jeszcze żyje we mnie wspomnienie (anamnesis) celebracji Paschy. W nocy z soboty na niedzielę uczestniczyłem w Uroczystości Zmartwychwstania Pańskiego. To długa i piękna Noc – jak naucza nas Kościół: „Matka wszystkich wigilii”. Celebracja bez pośpiechu, gdy nic nas nie pogania, gdy ludzie się nie niecierpliwią, bo przecież przyszli na paschę, przyszli właśnie po to, aby tutaj, tej nocy być i przeżywać Zmartwychwstanie, bo przecież do tej nocy przygotowywali się przez cały wielki post poprzez wyrzeczenia i wzmożoną modlitwę.
Wszystkie czytania, jakie przewiduje na tę noc Kościół, były odczytane. To takie konkretne 3 bloki czytań: historyczne, prorockie oraz Nowy Testament. Dotarło do mnie pośród tej nocy, że Bóg daje życie właśnie pośród nocy, pośród śmierci. Noc bowiem jest symbolem zła i śmierci; noc, to czas, kiedy wielu ludzi grzeszy, kiedy – jakby – Szatan miał swoich pięć minut. I właśnie tej nocy, pozornie oddanej pod władanie zła, zwycięża dobro, miłość i życie. Bo to właśnie w nocy Chrystus zmartwychwstał.
To jest bardzo ważne dla naszego życia. Bóg objawia swoją chwałę pośród nocy – pośród śmierci. Bóg daje życie nie obok naszego cierpienia, umierania, krzyża, lecz w samym centrum tej śmierci. Patrząc na Izraelitów przechodzących przez Morze Czerwone widzimy, że Bóg daje im ten cud kroczenia pośród śmierci. W tej właśnie śmierci (morze) objawiło się życie (suche dno). To samo morze uśmierciło bowiem Egipcjan – symbol niewoli, grzechu i szatana. A więc Bóg objawia siebie pośród śmierci; jest tym, który nad śmiercią posiada życiodajną moc!
Tak samo z Chrystusem. Bóg dał życie w samym sednie śmierci: w krzyżu i grobie. Te miejsca i symbole przestały już nas kąsać, zostały zneutralizowane mocą Paschy Pana. A więc miejscem objawienia się mocy Boga w naszym życiu jest nic innego, jak tylko nasza śmierć – te miejsca, momenty, w których wydaje się, że tracimy życie: przebaczenie wrogowi, służenie bliźniemu jako pierwszy, branie na siebie grzechów naszych bliskich, uwalnianie się z niewoli pieniądza przez jałmużnę, nadstawianie drugiego policzka, odpłacanie miłością za nienawiść, itd… W tych właśnie konkretnych momentach, kiedy wydaje się, że one nas zmiażdżą, my żyjemy i objawia się w naszej historii paschalność, że Bóg jest Panem życia, że to „On nasz los zabezpiecza” (Ps. 16).
Możliwe jest życie w śmierci, w  jej epicentrum – ponieważ tam właśnie wkracza Chrystus! Odwagi! Jam zwyciężył świat!

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Echo Słowa - Dobry Pasterz i dwie niewiasty

Słowo Boże dzisiejszej liturgii. Ciekawa kompozycja czytań, z której wyłania się obraz Boga, który nie opuszcza pokładających w Nim swą nadzieję a jednocześnie ujmuje się za tymi, których życie jest grzeszne.

Najpierw psalm. Dziś był śpiewany 23., chyba jeden z najbardziej znanych psalmów, czasem kojarzony z pogrzebem. "Pan jest moim pasterzem...". Bije z tego słowa jakiś wielki spokój, ufność. Człowiek - psalmista z ogromnym spokojem opowiada, że Bóg jest jego pasterzem. Właściwie człowiek jest przez Boga "obsługiwany" - pozostaje jakby w biernej postawie. Bo to Pan "pozwala leżeć na zielonych pastwiskach, prowadzi nad wody odpoczynku, orzeźwia duszę, wiedzie po właściwych ścieżkach..." To nie zachęta do bezczynności, lecz do właściwej aktywności dającej pierwszeństwo Bogu. Mam puścić "lejce" swojego życia i oprzeć się na Pasterzu, który wie lepiej i prowadzi bezpieczniej. Naprawdę, tyle spokoju płynie z tego psalmu. I ta piękna strofa o ciemnej dolinie. Któż z nas nie przechodził przez ciemną dolinę? Może lęk o przyszłość, o chleb, choroba, rozpadające się małżeństwo rodziców, niska samoocena, kompleksy, niepowodzenia, kryzys powołania - i tyle różnych sytuacji, niekończące - wydawałoby się - ciemne doliny. W tych wszystkich momentach On chce z nami iść i podtrzymywać w drodze, wierzyć, że ostatnie zdanie należy do miłości i życia. I wreszcie na końcu ta ostatnia z ciemnych dolin, chyba najstraszniejsza, bo nam nieznana - Śmierć. Gdy - jak czytamy w hymnie z komplety - "kształty rzeczy zacierać się poczną". Wtedy również będzie z nami Dobry Pasterz i zła się nie ulękniemy. Będzie z nami Ten, który już tę dolinę przemierzył, oświecił światłem swej paschy i powrócił żyjący!

Pozostałe dwa czytania, to zestawienie dwóch kobiet, jakże od siebie różnych. To Zuzanna z Księgi Daniela oraz anonimowa cudzołożnica z Janowej Ewangelii. Dwie Kobiety oskarżone o cudzołóstwo; domagano się wobec nich śmierci wg prawa. Niewinna Zuzanna oraz winna cudzołożnica. I obie kobiety zostają uratowane. Zuzanna zawierza się Bogu w swojej modlitwie, wie, że jest niewinna. Ufa Jemu, choć w pewnym sensie przyjmuje ten niesprawiedliwy wyrok. Nic nie może uczynić. I Bóg posyła Daniela, aby uratował tę dziewczynę. 
W Ewangelii przywleczono do Jezusa cudzołożnicę przyłapaną na tym grzechu. Nie ma tutaj wątpliwości. Prawo mówi jasno co należy uczynić. A Jezus, nie podważając prawa, skierowuje uwagę w drugą stronę. Oskarżyciele sami byli grzesznikami. Choć ich grzechy może były dokonywane w skrytości, nie były tak ostentacyjne jak owej kobiety. I Jezus, nie potępiając ich, każe im zajrzeć we własne serca. Czego one są pełne? Czy są takie nieskalane? I kamienie wypadają z rąk, niedoszli zabójcy odchodzą, począwszy od starszych.  Pozostają tylko Oni oboje. Cóż za dziwna "para": Przeczysty Jezus, Syn Boży, Zbawiciel świata i prostytutka. Panie Jezu, czy Tobie tak wypada? :) Fascynuje mnie w tej scenie to, że Jezus otwiera przed tą kobietą nową drogę. Ale zanim się to dokonuje Jezus okazuje jej, że jest przez Niego kochana taka jaką jest. Ona nie musiała sobie zasłużyć, aby Zbawiciel z nią rozmawiał. Spotyka się z nią w sytuacji jej grzesznego życia. I wtedy właśnie ją kocha, odkrywa na nowo jej godność. Może żaden mężczyzna wcześniej tak na nią nie patrzył jak Jezus - spojrzenie odbudowujące, przywracające godność. I pytanie Jezusa, jakby z lekkim uśmiechem na ustach: "Niewiasto, gdzież oni są? Nikt Cię nie potępił?" Jezus staje sam przeciw wszystkim, nie boi się, nie ucieka. Mężczyzna. Oko w oko. Nienawiść kontra miłość.

Gdy czytam w tym urywku "niewiasto" jakoś od razu myśli biegną pod krzyż, gdzie Jezus też użyje tego zwrotu. Tak więc Jezus najpierw spotkał tę kobietę w jej sytuacji, okazał miłość i przebaczenie, a dopiero potem wezwał do zmiany życia. Ona musiała zostać "wyposażona" w moc tej prawdziwej miłości, aby mogła iść w życie już nie grzesząc. Spotkanie z Jezusem stało się pamiątką, do której będzie mogła wracać ilekroć odezwą się demony starego życia.
Mamy więc dwie kobiety, za którymi ujmuje się Bóg, ratuje od śmierci: Zuzanna i cudzołożnica. Jakże inne historie. A Bóg ujmuje się za dobrymi i złymi. To dobra nowina dla każdego z nas. I pewna wskazówka. Jeśli mam przynajmniej odrobinę natury Jezusa Chrystusa, to wówczas będę usprawiedliwiał, a nie potępiał. Wówczas nigdy nie będę potępiał człowieka, lecz zawsze będę wierzył, że istnieje taka moc miłości, która potrafi go przemienić. Najpierw jednak trzeba się spotkać, nie z piedestału, z mocy urzędu czy pieczątki, lecz spojrzeć w oczy i dostrzec człowieka z konkretną, często bolesną i smutną historią. Wówczas zrealizuje się to, o czym słyszymy w prefacji z II Modlitwy Eucharystycznej o tajemnicy pojednania: 
"Poznajemy Twoją miłość ojcowską, gdy kruszysz twarde ludzkie serca, i w świecie rozdartym przez walki i niezgodę czynisz człowieka gotowym do pojednania.Ty mocą Ducha działasz w głębiach serca, aby nieprzyjaciele szukali zgody, przeciwnicy podali sobie rękę i ludy doszły do jedności".

sobota, 26 marca 2011

Wielkopostne głoszenie

Okres Wielkiego postu nabiera rozpędu. Już trzecia niedziela. Słowo o Samarytance. Jedna z trzech wielkich katechez chrzcielnych (samarytanka, ślepiec i łazarz).
Pić tak, aby nie pragnąć już więcej. Jezus wskazuje nie Siebie, jako na źródło zaspokojenia naszych pragnień. "Chrystus wystarczy" - mówili święci. Niech ta niedziela szczególnie skłoni nas do refleksji nad tym, gdzie szukamy zaspokojenia naszych pragnień. Kto lub co stanowi dla nas to zabezpieczenie? Czasem, tak jak ta Samarytanka mamy "pięciu mężów" - czyli różne nasze relacje, w których żebrzemy o miłość, nawet kosztem własnej godności - żebrzemy o odrobinę akceptacji, afektu, pochwały...
A na studni siedzi prawdziwy Oblubieniec, który może napoić nas i sprawić, że nie będziemy już więcej pragnąć. Przystępujmy do zdrojów zbawienia płynących z otwartego serca Zbawiciela.

Polecam się Waszej modlitewnej pamięci podczas wielkopostnego, rekolekcyjnego przepowiadania.

czwartek, 3 marca 2011

I czwartek miesiąca - Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!



Wspólnota Miłości Ukrzyżowanej, "Jezusie, Synu Dawida"


Jezus wchodzi do Jerycha, które uznawane jest przez archeologów za najstarsze miasto świata (8 tysięcy lat przed Chrystusem). Miasto przeklęte – podczas zdobywania obłożone przez Jozuego klątwą (Joz 6, 17 nn). Klątwa ciążyła również na tych, którzy w przyszłości mieli odbudować to miasto. Z najazdu na nie uratowana została jedynie nierządnica Rachab ze swoim domem – w podzięce za pomoc izraelskim zwiadowcom. W tym – wydawałoby się – przeklętym mieście Jezus dokonuje bardzo ważnych znaków. Tutaj ma miejsce przemieniające spotkanie z Zacheuszem oraz – w dzisiejszej ewangelii – uzdrowienia Bartymeusza, ślepca spod Jerycha. To ostatnia scena u św. Marka przed wkroczeniem Jezusa do Jerozolimy.


Depresja i ślepiec.
Jerycho położone jest około 270 m. poniżej poziomu morza. Droga Jezusa do Jerozolimy, gdzie dokonają się wydarzenia misterium paschalnego, jest wstępowaniem – aż po szczyt golgoty. Chrystus tę ostatnią ziemską drogę odbywa z depresji ku wyżynie, ku podwyższeniu. Dostrzegamy w tej drodze misję Jezusa, który przyszedł ocalić to, co zginęło. Chrystus zstępuje w najgłębsze przestrzenie ludzkiego życia, aby stamtąd wyprowadzić go ku wyżynom. Ta misja osiągnie swoje apogeum w zstąpieniu Jezusa do otchłani i oświeceniu światłem swej paschy tych, którzy przed Nim i po Nim poddani byli i będą śmierci: „zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał, wstąpił na niebiosa”.

W tym słowie przychodzi do nas dobra nowina, że Chrystus pragnie wejść w każde nasze cierpienie, w każdą naszą depresję, w zło, w które uwikłaliśmy się oddając się grzechowi. Nasz Zbawiciel wyprowadza nas z głębokości śmierci i prowadzi ku wyżynom, ku Jerozolimie – ku nowemu życiu.
Osobą, która dziś doświadcza tego uwolnienia jest ślepy żebrak Bartymeusz. Ślepiec, zdany jedynie na łaskę przechodzących obok ludzi, na ich gest rzucenia grosza do wyciągniętej dłoni. Jego życie musiało być niesamowicie smutne i bezpłodne. Świadomy swojej społecznej niższości i nędzy, świadomy, że właściwie niczego nie osiągnął – wegetuje u bram miasta, licząc kolejne dni, tak bardzo do siebie podobne. Ale jego życie się zmienia, ponieważ uczepia się on przechodzącej obok nadziei – Jezusa Chrystusa. Bez wahania krzyczy, nalega, narzuca się – może dziś powiedzielibyśmy, że jest niegrzeczny, niewychowany – jego to nie obchodzi. Zakłóca Jezusowi i uczniom spokój. A to właśnie dostrzegł Jezus.


Dostrzec własną ślepotę.
Bartymeusz znał prawdę o sobie - był ślepy. Ślepota jest dla nas symbolem życia bez Boga, który jest światłem. Czy dostrzegamy w sobie takie momenty nieoświecone Bożym światłem? Nie chodzi tutaj tylko o fundamentalną opcję życia przeciwko Bogu. Dla nas, ludzi związanych z Kościołem, uczestniczących w jego życiu, słuchających Bożego słowa i karmiących się sakramentami – ślepota życia bez Boga może wydawać się nie dotyczącą nas samych. Czy rzeczywiście? Zawsze, przecież, gdy w miejsce Boga wkracza ktoś lub coś, przysłania nam tę fundamentalną relację do Stwórcy. To Bóg jest gwarantem naszego szczęścia, On nas zapewnia w każdym momencie życia: jesteś przeze Mnie kochanym, jestem z Tobą we dnie i w nocy, nie martw się… I gdy ta relacja zostaje zachwiana wówczas szukamy zabezpieczeń gdzieś indziej. Wówczas stajemy się żebrakami. Wyciągamy rękę po odrobinę miłości, trochę szczęścia. W imię tak pojętego szczęścia jesteśmy w stanie „nadskakiwać” przy innych ludziach, od których gestu zależy nasza pomyślność.

Być ślepym, to nie dostrzegać również we własnej historii Bożego działania. Ile razy zwalamy winę na zły los, na fatum. A chrześcijanin – spoglądając wstecz – odkrywa Boży zamysł. Nawet trudne, wydawałoby się absurdalne wydarzenia, odpowiednio oświecone Bożym słowem, ukazują swój głęboki sens - często po czasie. Ślepota taka prowadzi wtedy nas do „brania życia we własne ręce” – bo przecież Bóg mi nie pomoże. A On przecież nie chce być z nami tylko tę jedną godzinę w tygodniu, lecz w każdej sekundzie. I przekonuje nas o tym. Przestań więc żebrać o miłość, o zauważenie – nie sprzedawaj się za byle jałmużnę. To nie z woli ludzi żyjesz, lecz z woli Ojca w Niebie.


Nie było nikogo, kto by go uleczył.
Nie wiemy od kiedy Bartymeusz żebrał przy bramie. Wiemy jedno – nie było dotąd nikogo, kto dokonałby jego uleczenia. Nie wiemy w kim dotąd pokładał nadzieję. Wiemy, że były one płonne – pozostał ślepym. Tak samo w naszym życiu. Może tułaliśmy się po świecie, szukaliśmy różnych relacji z ludźmi, kombinowaliśmy – a wszystko po to, aby życie miało – według nas – sens. I właśnie dziś, w tym słowie, przychodzi Chrystus i mówi: To ja jestem twoim uzdrowieniem. Przestań szukać innego zbawcy, bo takiego nie ma. Ja dokonam uzdrowienia twojej ślepoty. A więc: uznać się za ślepego oraz odkryć, że nasza ślepota jak dotąd nie została uzdrowiona – pomimo różnych starań.


Wołać: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną – grzesznikiem!
Bartymeusz woła. Woła głośno i nachalnie. Rozpoznał bowiem w Jezusie, że jest posłańcem Boga posłanym po to, aby ślepym przywrócić wzrok (Łk 4, 17-18). Jezus wystawia ślepca na próbę i mija go. Ale ten nie ustaje. Wierzy. Uczepił się Jezusa, jak ostatniej deski ratunku. To jest pewien kairos – Jezus przechodzi właśnie teraz, może więcej już nie przyjdzie. Teraz jest ten czas. I Bartymeusz o tym wie. Nie ma nic do stracenia, jest przecież wystarczająco upokorzony. Dlatego krzyczy: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!”.
To jest wezwanie dla nas, abyśmy również wytrwale wołali – krzyczeli do Jezusa. Nie raz, ale sto, tysiąc razy. Jezus się zatrzyma, ale też patrzy czy jesteśmy wytrwali. Wołaj we dnie i w nocy, a Jezus na pewno odpowie.


Pójść za Jezusem.
Bartymeusz doświadcza uzdrowienia i potem idzie za Jezusem drogą. Rozpoczęło się jego nowe życie. To, czym żył dotychczas, było jedynie namiastką. Teraz widzi właściwie i dostrzega w Chrystusie Zbawcę, kogoś, za kim warto iść drogą. Spotkanie z Chrystusem zawsze owocuje zmianą życia, nawróceniem.

Młodzi ludzie, którzy słyszą w sercu głos Jezusa, aby za Nim podążać, muszą postawić sobie pytania: Jak z moją ślepotą, czy ją dostrzegam, czy spotkałem już Chrystusa? Czy wołałem do Niego w modlitwie, abym przejrzał?
Przewodnikami ludzi mogą być ci, którzy wiedzą dokąd iść. Taka jest rola kolejnych pokoleń kapłanów i osób konsekrowanych. Módlmy się, abyśmy takimi byli i tę prawdę przekazali młodszym.

środa, 2 lutego 2011

I czwartek miesiąca - modlitwa o powołania


Ewangelia, która przeznaczona jest na dzień dzisiejszy, posiada wyraźny powołaniowy ton. Jezus Chrystus posyła swoich dwunastu uczniów.

Wiarygodność posłannictwa. Uczniowie są posłani, a więc nie idą w swoim imieniu, nie idą głosić siebie, lecz Tego, który ich posyła – Jezusa Chrystusa. Świadectwem potwierdzającym prawdziwość ich posłannictwa są znaki – władza nad duchami nieczystymi, namaszczanie olejem chorych oraz ich uzdrawianie. Gwarancją autentyczności zawsze powinny być czyny. Pozostawanie jedynie na poziomie wypowiadanych słów jest niewystarczające – zwłaszcza dziś, kiedy doświadczamy dewaluacji słowa. Kościół apostolski posługiwał się znakami, czynami, które – dokonywane w imię Zmartwychwstałego – przywoływały do wiary w Niego (zob. uzdrowienie chromego i kerygmat Piotra, Dz 3).
Znaki – cuda fizyczne z czasem ustąpiły miejsca (choć nadal występują) cudowi moralnemu, jakim była i jest wspólnota Kościoła. Tym, co przywołuje dziś do wiary w Jezusa Chrystusa jest świadectwo życia dzieci Kościoła, braci i sióstr, którzy pomimo różnorakich odmienności (społecznych, intelektualnych, wiekowych, zapatrywań politycznych, itp.) żyją w miłości i jedności. Jest to możliwe tylko i wyłącznie dlatego, że żyje w nich Duch Święty, Duch Zmartwychwstałego Pana, który uzdalnia ich do dawania tych znaków. Nie są one „do wypracowania”, nie są one owocem dobrego wychowania, kwestią silnej woli. Chrześcijaństwo (nie jako tzw. światopogląd, lecz jako styl życia – posiadanie natury Jezusa Chrystusa) nie jest ani łatwe ani trudne. Jest niemożliwe bez daru Ducha Świętego!
Proces przywoływania, pozytywnego prowokowania, dotyczy również całej płaszczyzny powołaniowej. Młody człowiek często bardzo szybko jest nasycony światowymi „świecidełkami”. Nie robią na nim wielkiego wrażenia tzw. „zewnętrzności”. To za mało, aby dla zewnętrznych okoliczności pójść za Chrystusem, powierzyć tej drodze całe swoje – bo nie tylko młode – życie. Stąd tak koniecznym jest dziś dawanie przez nas – Kościół –autentycznego świadectwa. Kościół w znaczeniu wspólnoty, na czele z jej pasterzami. To my, duchowni, stanowimy pierwszy znak rozpoznawczy Kościoła. Patrząc właśnie na nas, młody człowiek czuje się zaproszony, zachęcony, aby stać się jednym z nas – sługą Chrystusa. Ale i spotkanie to może owocować odejściem, zgorszeniem, rozczarowaniem. Wezwani więc jesteśmy, jako duchowni i świeccy, jako osoby konsekrowane, do zmagania się o radykalny styl naszego życia. Tym, czego nie może dać świat, jest życie w komunii z Chrystusem; życie uszczęśliwiające we wspólnocie Kościoła z braćmi i siostrami. Potrzeba nam więc i dziś tych znaków potwierdzających, że Jezus żyje, że działa w historii całego świata i konkretnych ludzi, że ten Jezus jest dostępny, bliski każdemu w sakramentach Kościoła, najszczególniej zaś w sakramencie ołtarza.

Pójść bez zabezpieczeń. Jezus posyła uczniów bez zbytnich zabezpieczeń. Nie wyruszają oni uzbrojeni w siłę ludzką wyrażającą się we władzy, znaczeniu, pieniądzach. Przeciwnie – wyruszają poprzestawszy na tym, co konieczne. Jednocześnie wyposażeni są w to, co najistotniejsze, choć niewidoczne dla oczu: w nakaz Jezusa Chrystusa wzywający ludzi do nawrócenia. Ich kruchość co do zabezpieczeń materialnych ma z jednej strony funkcję uwiarygodniającą ich przepowiadanie. Nie przychodzą w imię pieniądza ani w imię jakiegokolwiek innego ludzkiego sukcesu, lecz w imię Zbawiciela. Ubóstwo, którego doświadczają, ma im pozwolić być na równi z ubogimi braćmi i siostrami, do których są posłani. Z drugiej zaś strony uczniowie manifestują swoją zależność od Boga – to On jest ich zabezpieczeniem. Mają doświadczyć wolności od dóbr tego świata, mają doświadczyć, że posłuszni słowu Jezusa nie zostają przez Bożą Opatrzność opuszczeni, lecz Bóg otwiera dla nich progi gościnnych domów.
To ważny element posłannictwa Kościoła. Postawa uczniów nie oznacza, że mamy gardzić dobrami tego świata, bądź co gorsza nie szanować ich. Mamy być od nich wolni. Mamy poprzestać na tym, co konieczne. W dobie szalejącego konsumeryzmu często sami stajemy się ofiarami takiego stylu życia. Istnieje realne niebezpieczeństwo, że dobra tego świata zagłuszą wołający nas cichy głos ubogich.
W powołaniowym duszpasterstwie to newralgiczny punkt – pieniądze, dobra tego świata. Nigdy nie powinny stawać się „wabikiem”. Młody człowiek, jeśli chce się bogacić, to będzie szukał (i właśnie powinien) realizacji tego pragnienia w świecie. Nie po to ma zostać księdzem czy też osobą konsekrowaną, aby żyć dla pieniądza. I ten komunikat musi być czytelny. Będąc osobą poświęconą Bogu trzeba być przygotowanym na posłanie w różne rejony świata. Są miejsca, w których kwestie materialne nie stanowią problemu. Są jednak i takie, w których księża, zakonnicy, siostry, cierpią ubóstwo wraz z ludźmi, którym posługują. Jesteśmy powołani do przepowiadania słowa i celebrowania sakramentów, do życia we wspólnocie Kościoła, we wspólnotach zakonnych. Ze względu na to powołał nas Chrystus. Młodzieńcy i dziewczęta, jeśli są wołani przez Najświętszego Odkupiciela, aby pójść za Nim to też ze względu na to: na Kościół.

Doświadczać odrzucenia. Jezus, posyłając swoich uczniów zastrzega, że nie wszędzie będą gościnnie przyjęci. Istnieją takie osoby, takie domy, takie instytucje czy struktury, które nie przyjmują chrześcijańskiego przepowiadania. Tak było wówczas i jest po dziś dzień.
To przedziwne, że w czasach tolerancji, szacunku dla innych poglądów, ras czy kolorów skóry, w czasach wszechobecnie głoszonych praw człowieka, nieustannie dokonuje się odrzucanie uczniów Chrystusa. Wydawałoby się przecież, że ludzkość osiągnęła już taki poziom rozwoju, że nie może być mowy o marginalizacji kogoś za jego przekonania – tym bardziej, że przekonania te ukonstytuowały dzisiejszy porządek społeczny, stoją u źródeł godności każdego człowieka, wolności jego słowa, wierzenia, sumienia. Ale może właśnie w ten sposób spełnia się słowo Jezusa, że nie jest uczeń nad mistrza (Mt. 10,24-25)?
Pójść więc dzisiaj za Chrystusem oznacza również – poza całym pięknem służby człowiekowi dla jego zbawienia – przyjąć tego trudne konsekwencje, a wśród nich odrzucenie ze względu na Jezusa. Wydaje się, że coraz wyraźniej zaznaczają się nie tyle pola dialogu ze światem ile raczej te przestrzenie, na których Kościół nigdy nie będzie szedł z nim w parze. Nigdy ze strony Kościoła nie będzie kompromisu co do wartości ludzkiego życia – tutaj nie ma demokracji, nie ma dialogu.
Często więc młody człowiek, już na poziomie szkoły gimnazjalnej czy średniej doświadcza pewnego odrzucenia, wyśmiania ze względu na swoją chrześcijańską linię życia. Owszem, to brzmi jak paradoks. Przecież jesteśmy w katolickim kraju, przecież ta młodzież to niedawno bierzmowani parafianie. Trzeba więc dodawać odwagi młodym chłopakom i dziewczętom, aby nie lękali się ponosić cierpienia dla Imienia Bożego. Muszą jednak istnieć przestrzenie, w których mogą oni dzielić się swoimi przeżyciami. Ich wyrzeczenie dla Chrystusa musi kogoś obchodzić! Owszem rodzice. Ale również ich bracia w kapłaństwie, czy też bracia i siostry w życiu konsekrowanym powinni być powiernikami ich apostolstwa pośród rówieśników.
Kandydaci do kapłaństwa czy życia zakonnego muszą wiedzieć – nie demonizując – że idą w trudny świat, często anty-chrześcijański. Jezus Chrystus jest jednak silniejszy od tego całego „anty”. Sam odrzucony, ukrzyżowany za miastem zwyciężył śmierć, posłał Ducha Świętego i żyje w Kościele. Każdego dnia kroczy ze swymi świadkami wspierając ich w odważnym wyznawaniu wiary.