Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 kwietnia 2024

Aborcja. Europa bez korzeni żąda krwi

Autor: Miguel Cuartero Samperi - Testa del serpente

11.04.2024

Po (samobójczym) posunięciu Macrona, to Europa obecnie domaga się „zmiany Artykułu III Karty Praw Podstawowych UE, który stwierdza, że «każdy ma prawo do autonomii w podejmowaniu decyzji dotyczących własnego ciała»”.

Jest to decyzja, która wywołuje oburzenie. Prosi o nią wysoce cywilizowana (civilissima) Europa, bastion zachodnich wartości, przykład „pierwszego świata”, rozwiniętego, mądrego, dojrzałego. Prosi o to kontynent, który dwukrotnie doświadczył dwóch wojen światowych w jednym (bardzo niedawnym) stuleciu i który dziś sam jest świadkiem (i podsyca) dwie kolejne wojny na swoim terytorium.
Ze strony katolików wiadomość ta z pewnością zasługuje na uwagę i refleksję. Społeczeństwo, które zapomina o świętości życia i odbiera godność rodzącemu się życiu, niewinnym istotom ludzkim, nie jest bezpiecznym miejscem do życia i zakładania rodziny.
Pomijając nonsensowne i idiotyczne żarty, które słyszeliśmy i słuchaliśmy przez lata, według których Kościół jest niebezpiecznym miejscem dla dzieci, należy z goryczą zauważyć, że Kościół jest obecnie jedynym bezpiecznym miejscem, w którym życie jest bronione od „momentu jego poczęcia aż do naturalnej śmierci”.
Zostało to powtórzone w ostatnich dniach w Deklaracji Dignitas infinita, która poza krytyką za słabe podejście teoretyczne, powtarza w bardzo ostrych słowach, że aborcja jest zbrodnią, która „woła o pomstę do Boga”.
W obliczu tak poważnej sytuacji bardziej niż kiedykolwiek potrzebna jest odwaga, by spojrzeć prawdzie w oczy i nazwać rzeczy po imieniu, bez ulegania wygodnym kompromisom czy pokusie samooszukiwania się. W tym względzie kategorycznie rozbrzmiewa nagana Proroka: «Biada tym, którzy zło nazywają dobrem, a dobro złem, którzy ciemność przemieniają w światłość, a światłość w ciemność» (Iz 5,20) (DI 47).
Franciszek również kilkakrotnie wypowiadał się przeciwko aborcji w bardzo ostrych słowach, zbyt ostrych według niektórych obserwatorów („to jak wynajęcie zabójcy”). Należy jednak zadać sobie pytanie, czy Kościół zrobił wystarczająco dużo, aby zapobiec dryfowi, który obecnie określa jako niezwykle niebezpieczny.
Przez dziesięć lat Kościół głosił społeczną przyjaźń, powszechne braterstwo, globalny pacyfizm i integralną ekologię. W odpowiedzi Europa wykonuje gest parasola i żąda więcej aborcji. Coś poszło nie tak i trzeba to pilnie naprostować.
Tak wiele zainwestowano w tworzenie więzi przyjaźni ze światem, w budowanie mostów, w oferowanie wizerunku Kościoła jako przyjaciela, a nie matki, jako wspólnika, a nie nauczyciela, jako nowoczesnego i wrażliwego na nowości. Jednym słowem, "sympatycznego". Ale wszystko to pozostawiło Kościół i katolików pozbawionymi słowa autorytetu, pochodzącego od Boga, które czasami pali, ale pomaga wzrastać i leczyć.
Rzeczywiście, należy zauważyć, że w ostatnich latach toczyła się walka, nawet w samym Kościele, przeciwko tak kardynalnym koncepcjom, jak „zasady niepodlegające negocjacjom” i „chrześcijańskie korzenie Europy”. Te mocne i niewzruszone zasady i punkty, które Benedykt XVI wielokrotnie powtarzał i podkreślał, są obecnie uważane za drugorzędne, jako pozostałości po bitwie kulturowej, nie tyle przegranej, po prostu: bezużyteczne i szkodliwe.
Wymowne, że właśnie w tych dniach ukazała się książka zatytułowana „Mit chrześcijańskich korzeni Europy” (Einaudi). Autor (Sante Lesti) uważa chrześcijańskie korzenie Europy za „mit tożsamościowo-historyczny”, drogi Janowi Pawłowi II i Benedyktowi XVI oraz tym, którzy „twierdzą, że mówią nam nie tylko skąd pochodzimy, ale także kim jesteśmy, a przede wszystkim, kim nie możemy nie być”. Corriere z entuzjazmem poświęca mu dwie strony i umieszcza papieża Franciszka (kilof) w tytule. „Słabnący mit. Wizja papieża Franciszka na temat «chrześcijańskich korzeni»”, dumnie obwieszcza Paolo Mieli.
W wywiadzie dla Il Manifesto autor powiedział coś, co brzmi niepokojąco.
Trwa ponowna refleksja. Bez wątpienia zmieniły się priorytety, a walka o niezbywalne zasady nie jest już gwiazdą polarną. Zamiast tego przyjmowanie migrantów, solidarność społeczna i obrona środowiska zajmują znacznie więcej miejsca w przemówieniach papieża na temat Europy.
Jest to niepokojące z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że tak właśnie postrzegany jest dziś Kościół i obecny pontyfikat, w sensie zerwania z tożsamościową i nietolerancyjną przeszłością oraz w nowej postawie otwartości i słuchania, jeśli nie akceptacji, wymagań, wyborów, priorytetów i mód współczesnego społeczeństwa.
Drugim powodem, dla którego słowa te są niepokojące, jest to, że nie są one dalekie od prawdy. W Kościele „zmieniły się właściwości”. Dowodem na to są wypowiedzi biskupów, stanowiska Watykanu (lub ich brak), ale także milczenie i laissez faire, poprzez które pokazuje się bardziej ludzkie, bardziej sympatyczne i przyjazne oblicze. Dowodem na to jest pożądana rewizja projektu Dignitas infinita, która przywróciła porządek i różnorodność priorytetów (patrz DI, Prezentacja).
Słowa św. Augustyna zacytowane przez Benedykta XVI w niemieckim parlamencie federalnym w 2011 r. powracają dziś na pierwszy plan: „Zabierzcie prawo, a wtedy co odróżni państwo od wielkiej bandy rozbójników?” (De Civitate Dei).
Ratzinger pisał w 1987 r.: „Uznanie świętości ludzkiego życia i jego nienaruszalności bez wyjątku nie jest zatem małym problemem ani kwestią, którą można uznać za względną, ze względu na pluralizm opinii obecnych we współczesnym społeczeństwie". Żądanie tak wielu praw ze szkodą dla życia niewinnej istoty ludzkiej czyni człowieka „ślepym na prawo do życia drugiego człowieka”, stąd „każda legalizacja aborcji implikuje zatem ideę, że to siła jest podstawą prawa”. W ten sposób „same fundamenty autentycznej demokracji opartej na porządku sprawiedliwości zostają podważone”. W rzeczywistości, kontynuuje Ratzinger, „moralność zawsze żyje na piśmie w szerszym horyzoncie religijnym (...) poza tym środowiskiem staje się zaduszona i formalna, słabnie i umiera”.
Dlatego też Europa, która wyparła się swoich chrześcijańskich korzeni, jest Europą bez korzeni i bez przyszłości.

wtorek, 14 lipca 2020

Wartościowe cytaty (10)

Bella V. Dodd, Szkoła ciemności, Wydawnictwo AA, Kraków 2020, s. 277-278.

«Kościół był zatłoczony. Wszystkie miejsca zajęte. Prawie nie było gdzie stać – ludzie szczelnie wypełnili nawy. Stałam tak w tłoku, w połowie drogi między ołtarzem a chórem. Zaczęła się Msza. Z chóru popłynęły kolędy. Trzej księża w białych ornatach sprawowali starożytny rytuał. Dzwon zadzwonił trzy razy, ludzie padli na kolana w uwielbieniu. Patrzyłam na twarze pogrążone w łagodnym świetle, nabożne i pełne wdzięczności. Zrozumiałam, że to właśnie tu, wokół mnie były te masy, których tak długo szukałam; które chciałam kochać i pomagać im. Tu było to, czego na próżno szukałam w Partii Komunistycznej: prawdziwe braterstwo wszystkich ludzi. Tu byli mężczyźni i kobiety wszystkich ras i pozycji społecznych, w różnym wieku, połączeni miłością Boga. Tutaj braterstwo ludzi nabierało znaczenia. Modliłam się. – Boże, pomóż mi – powtarzałam w kółko. Tej nocy, po Pasterce, długo jeszcze spacerowałam ulicami Nowego Jorku, zanim wróciłam do mojego  pokoiku. Nie zauważałam mijających mnie ludzi. Byłam tak samo sama, jak już od dawna. Ale tlił się we mnie ciepły płomyczek nadziei. Wiedziałam, że prowadzona przez Gwiazdę coraz bardziej zbliżam się do domu».

niedziela, 5 lipca 2020

Wartościowe cytaty (7)

Bella V. Dodd, Szkoła ciemności, Wydawnictwo AA, Kraków 2020, s. 274.

«Odrzucając mądrość i prawdę, które Kościół zachował i z których korzysta w budowaniu harmonii i ładu nakazanego przez Chrystusa, dałam się znieść prądowi na nieznane morza, bez kompasu. Ja i mnie podobni z ulgą chwytaliśmy się fałszywej pewności, jaką oferują materialiści, i akceptowaliśmy ich program tym łatwiej, że wzbogacono go o apel o „poświęcenie dla braci”. Nauczyłam się już jednak, że takie frazesy jak „braterstwo ludzi” są puste i pozbawione znaczenia, jeśli nie opierają się na solidnej wierze w ojcostwo Boga».

sobota, 5 listopada 2016

Nowa Instrukcja Kongregacji Nauki Wiary dotycząca pochówku ciał zmarłych oraz przechowywania prochów w przypadku kremacji


Trumna z ciałem św. Jana Pawła II
Dobrze, że pojawił się ten dokument. Przypomina istotę chrześcijańskiego pogrzebu, zamyka również drogę różnym nadużyciom, o których coraz częściej się słyszało przy okazji kremacji (np w Szwajcarii można zamówić sobie biżuterię, która składa się ze skremowanych szczątków Zmarłych). 

Piękny jest ten moment, który mówi o Zmarłym chrześcijaninie jako o "dziecku łaski:

Kościół, który jak Matka towarzyszył chrześcijaninowi podczas jego ziemskiej pielgrzymki, ofiaruje Ojcu, w Chrystusie, dziecko Jego łaski i powierza ziemi jego śmiertelne szczątki w nadziei, że zmartwychwstanie w chwale
Liturgia pogrzebowa może stać się bardzo dobrym momentem ewangelizacyjnym. Nie tylko z powodu doświadczenia śmierci kogoś bliskiego, obecnego przy tym smutku czy refleksji nad własnym końcem. To jest ważne, ale doświadczenie to musi być wsparte pięknem liturgii pogrzebowej, która ukazuje nadzieję zmartwychwstania oraz otacza szacunkiem doczesne szczątki osoby zmarłej. Piękność śpiewu oraz znaków liturgicznych, homilia, okadzenie i pokropienie trumny - wszystko to może pomóc obecnym w przylgnięciu do Chrystusa, dawcy życia.

Przytaczam tekst Instrukcji

Instrukcja Ad resurgendum cum Christodotycząca pochówku ciał zmarłych
oraz przechowywania prochów w przypadku kremacji

1. Aby zmartwychwstać z Chrystusem, należy umrzeć z Chrystusem, należy “opuścić nasze ciało i stanąć w obliczu Pana” (2 Kor 5,8). W instrukcji Piam et constantem z dnia 5 lipca 1963 roku, ówczesne Święte Oficjum ustanowiło, by “wiernie dochowywać zwyczaju grzebania ciał wiernych zmarłych”, dodając jednak, że kremacja nie jest “sama w sobie sprzeczna z religią chrześcijańską” i aby nie odmawiano już sakramentów i uroczystości pogrzebowych tym, którzy poprosili o kremację po śmierci, pod warunkiem, że wybór ten nie był podyktowany wolą “odrzucenia chrześcijańskich dogmatów, albo w duchu sekciarskim, albo też pod wpływem nienawiści wobec religii katolickiej i Kościoła”.1 Owa zmiana dyscypliny kościelnej została później wprowadzona do Kodeksu Prawa Kanonicznego (1983) oraz do Kodeksu Kanonów Kościołów Wschodnich (1990).

Tymczasem praktyka kremacji rozpowszechniła się znacząco w dużej liczbie krajów, ale jednocześnie rozpowszechniły się także nowe idee, sprzeczne z wiarą Kościoła. Po dokładnym wysłuchaniu Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, Papieskiej Rady ds. Tekstów Prawnych oraz licznych Konferencji Episkopatów i Synodów Biskupich Kościołów Wschodnich, Kongregacja Nauki Wiary uznała za właściwe opublikować nową Instrukcję, w celu potwierdzenia przyczyn doktrynalnych i duszpasterskich, dla których preferuje się pochówek ciał, oraz wydać normy dotyczące przechowywania prochów w przypadku kremacji.


2. Zmartwychwstanie Jezusa jest kulminacyjną prawdą wiary chrześcijańskiej, głoszoną jako zasadnicza część Tajemnicy Paschalnej od samych początków chrześcijaństwa: “Przekazałem wam to, co przejąłem: że Chrystus umarł - zgodnie z Pismem - za nasze grzechy, że został pogrzebany, że zmartwychwstał trzeciego dnia, zgodnie z Pismem: i że ukazał się Kefasowi, a potem Dwunastu” (1 Kor 15,3-5).

Przez swoją śmierć i zmartwychwstanie, Chrystus uwolnił nas od grzechu i dał nam dostęp do nowego życia: “Jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca, także i my możemy wkroczyć w nowe życie” (Rz 6,4). Ponadto, Chrystus zmartwychwstały jest początkiem i źródłem naszego przyszłego zmartwychwstania: “Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy spośród tych, co pomarli...; i jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni” (1 Kor 15,20–22).

Jeśli prawdą jest, że Chrystus wskrzesi nas “w dniu ostatecznym”, jest również prawdą, pod pewnym względem, że już zmartwychwstaliśmy z Chrystusem. Przez chrzest bowiem jesteśmy zanurzeni w śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa i sakramentalnie do Niego upodobnieni: “jako razem z Nim pogrzebani w chrzcie, w którym też razem zostaliście wskrzeszeni przez wiarę w moc Boga, który Go wskrzesił” (Kol 2,12). Zjednoczeni z Chrystusem przez chrzest, już teraz uczestniczymy w sposób rzeczywisty w życiu Chrystusa zmartwychwstałego (por. Ef 2,6).

Dzięki Chrystusowi w chrześcijaństwie śmierć ma znaczenie pozytywne. Kościół w liturgii modli się: “Albowiem życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy, i gdy rozpadnie się dom doczesnej pielgrzymki, znajdą przygotowane w niebie wieczne mieszkanie”.2 Z chwilą śmierci dusza zostaje oddzielona od ciała, ale w zmartwychwstaniu Bóg przywróci niezniszczalne życie naszemu przekształconemu ciału, jednocząc je ponownie z naszą duszą. Również w naszych czasach Kościół wezwany jest do głoszenia wiary w zmartwychwstanie: “Zmartwychwstanie zmarłych jest wiarą chrześcijan: wierząc w nie nimi jesteśmy”.3


3. Idąc za starodawną tradycją chrześcijańską, Kościół usilnie zaleca, by ciała zmarłych chowane były na cmentarzu lub w miejscu świętym.4

We wspomnieniu śmierci, pogrzebania i zmartwychwstania Pana, tajemnicy w świetle której objawia się chrześcijański sens śmierci,5 pochówek jest przede wszystkim najbardziej odpowiednią formą wyrażenia wiary i nadziei w zmartwychwstanie ciała.6

Kościół, który jak Matka towarzyszył chrześcijaninowi podczas jego ziemskiej pielgrzymki, ofiaruje Ojcu, w Chrystusie, dziecko Jego łaski i powierza ziemi jego śmiertelne szczątki w nadziei, że zmartwychwstanie w chwale.7

Grzebiąc ciała wiernych zmarłych, Kościół potwierdza wiarę w zmartwychwstanie ciała8 i zamierza uwydatnić wysoką godność ludzkiego ciała, jako nierozłącznej części osoby, której historię to ciało współdzieli.9 Nie może zatem pozwolić na postawy i obrzędy, które uwzględniają błędne pojęcie śmierci, postrzeganej zarówno jako ostateczne unicestwienie osoby, jak i chwilę jej fuzji z matką naturą lub ze wszechświatem, jako etap w procesie reinkarnacji, lub też jako ostateczne wyzwolenie z ”więzienia” ciała.

Ponadto pochówek na cmentarzach lub w innych miejscach świętych właściwie odpowiada współczuciu i szacunkowi, jakie należą się ciałom zmarłych wiernych, które przez chrzest stały się świątynią Ducha Świętego i którymi, “jak narzędziami i naczyniami, w sposób święty posłużył się Duch Święty, aby dokonać wielu dobrych dzieł”.10

Sprawiedliwy Tobiasz wychwalany jest za zasługi zdobyte wobec Boga przez to, że grzebał zmarłych,11 a Kościół uważa pochówek zmarłych za dzieło miłosierdzia wobec ciała.12

Na koniec wreszcie pochówek ciał wiernych zmarłych na cmentarzach lub w innych miejscach świętych sprzyja pamięci i modlitwie za zmarłych ze strony rodziny i całej wspólnoty chrześcijańskiej, jak też czczenia męczenników i świętych.

Przez pochówek ciał na cmentarzach, w kościołach czy na terenach do tego przystosowanych, tradycja chrześcijańska strzegła wspólnoty między żywymi i umarłymi, i przeciwstawiała się tendencji ukrywania lub prywatyzowania wydarzenia śmierci oraz znaczenia, jakie ma ona dla chrześcijan.


4. Tam, gdzie przyczyny typu higienicznego, ekonomicznego lub społecznego prowadzą do wyboru kremacji - wyboru, który nie może być sprzeczny z jasno wyrażoną wolą zmarłego, lub z jego wolą niebezpodstawnie domniemaną - Kościół nie dostrzega przyczyn doktrynalnych, by zakazać takiej praktyki, jako że kremacja zwłok nie dotyka duszy i nie uniemożliwia boskiej wszechmocy wskrzeszenia ciała, a więc nie zawiera obiektywnego zaprzeczenia doktryny chrześcijańskiej na temat nieśmiertelności duszy i zmartwychwstania ciała.13

Kościół nadal preferuje pochówek ciał, jako że w ten sposób okazuje się większy szacunek zmarłym; kremacja jednak nie jest zakazana, “chyba że została wybrana z powodów sprzecznych z nauką chrześcijańską”.14

W przypadku braku motywacji sprzecznych z doktryną chrześcijańską, Kościół, po odprawieniu uroczystości pogrzebowych, towarzyszy w kremacji przez właściwe wskazówki liturgiczne i duszpasterskie, dokładając szczególnej troski, by unikać wszelkiego rodzaju skandalu czy obojętności religijnej.


5. Kiedy z uzasadnionych przyczyn dokonuje się wyboru kremacji zwłok, prochy zmarłego muszą być przechowywane z zasady w miejscu świętym, czyli na cmentarzu, lub jeśli trzeba w kościele albo na terenie przeznaczonym na ten cel przez odpowiednie władze kościelne.

Od samego początku chrześcijanie pragnęli, by ich zmarli byli obiektem modlitw i wspomnień wspólnoty chrześcijańskiej. Ich groby stawały się miejscami modlitwy, pamięci i zadumy. Zmarli wierni są częścią Kościoła, który wierzy we wspólnotę “tych, którzy pielgrzymują na ziemi, zmarłych, którzy jeszcze oczyszczają się, oraz tych, którzy cieszą się już szczęściem nieba; wszyscy łączą się w jeden Kościół”.15

Przechowywanie prochów w miejscu świętym może przyczynić się do zmniejszenia ryzyka odsunięcia zmarłych od modlitwy i pamięci krewnych i wspólnoty chrześcijańskiej. W ten sposób ponadto unika się możliwych sytuacji zapomnienia czy braku szacunku, jakie mogą mieć miejsce przede wszystkim po przeminięciu pierwszego pokolenia, jak również nieodpowiednich czy przesądnych praktyk.


6. Z wyżej wymienionych powodów przechowywanie prochów w miejscu zamieszkania nie jest dozwolone. Jedynie w przypadku ważnych i wyjątkowych okoliczności, zależnych od uwarunkowań kulturalnych o charakterze lokalnym, Ordynariusz, w porozumieniu z Konferencją Episkopatu lub Synodem Biskupów Kościołów Wschodnich, może udzielić zezwolenia na przechowywanie prochów w miejscu zamieszkania. Prochy jednak nie mogą być rozdzielane między poszczególne ogniska rodzinne i zawsze należy zapewniać im szacunek oraz odpowiednie warunki przechowywania.


7. Aby uniknąć wszelkiego rodzaju dwuznaczności o charakterze panteistycznym, naturalistycznym czy nihilistycznym, nie należy zezwalać na rozrzucanie prochów w powietrzu, na ziemi lub w wodzie albo w inny sposób, ani też przerabianie kremowanych prochów na pamiątki, biżuterię czy inne przedmioty, pamiętając, że w stosunku do tego typu postępowania nie można brać pod uwagę przyczyn higienicznych, społecznych czy ekonomicznych, które mogą prowadzić do wyboru kremacji.


8. W przypadku gdy zmarły notorycznie żądał kremacji i rozrzucenia własnych prochów w naturze z powodów sprzecznych z wiarą chrześcijańską, należy, zgodnie z prawem, odmówić przeprowadzenia uroczystości pogrzebowych.16


W czasie audiencji udzielonej w dniu 18 marca 2016 roku niżej podpisanemu Kardynałowi Prefektowi, Ojciec Święty Franciszek zatwierdził niniejszą Instrukcję, przyjętą podczas Sesji Zwyczajnej w tej Kongregacji w dniu 2 marca 2016 roku, i polecił ją opublikować.


Rzym, w siedzibie Kongregacji Nauki Wiary, 15 sierpnia 2016 roku, w Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.
Gerhard Kard. Müller
Prefekt
Luis F. Ladaria, S.I.
Arcybiskup tytularny Thibica
Sekretarz


____________________
1. AAS 56 (1964), 822-823.
2. Mszał Rzymski, Prefacja o zmarłych, I.
3. Tertulian, De resurrectione carnis, 1,1: CCL 2, 921.
4. Por. Kodeks Prawa Kanonicznego, kan. 1176, § 3; kan. 1205; CCEO, kan. 876, § 3; kan. 868.
5. Por. Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 1681.
6. Por. Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 2300.
7. Por. 1 Kor 15,42-44; Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 1683.
8. Por. Święty Augustyn, De cura pro mortuis gerenda, 3, 5: CSEL 41, 628.
9. Por. Sobór Watykański II, Konstytucja duszpasterska Gaudium et spes, nr 14.
10. Por. Święty Augustyn, De cura pro mortuis gerenda, 3, 5: CSEL 41, 627.
11. Por. Tb 2, 9; 12, 12.
12. Por. Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 2300.
13. Por. Najwyższa Święta Kongregacja Świętego Oficjum, Instrukcja Piam et constantem, 5 lipca 1963: AAS 56 (1964), 822.
14. Kodeks Prawa Kanonicznego, kan. 1176, § 3; por. Kodeks Kanonów Kościołów Wschodnich, kan. 876, § 3.
15. Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 962.
16. Kodeks Prawa Kanonicznego, kan. 1184; Kodeks Kanonów Kościołów Wschodnich, kan. 876, § 3.

Tekst za: https://press.vatican.va/content/salastampa/it/bollettino/pubblico/2016/10/25/0761/01683.html#POL

niedziela, 30 października 2016

Dlaczego obumiera wiara - intuicje sprzed ponad 35 lat

Luźne tłumaczenie fragmentów artykułu zamieszczonego w włoskiej edycji "Communio" z roku 1980.

"Wykrwawianie się wiary zaczyna się zawsze wtedy, gdy (z dowolnego powodu, czy to z racji upadku kulturowego, czy brakującego doświadczenia) kategoria daru (Chrystus, Duch, Kościół), jako obiektywnie obecnego i dominującego, zostaje zastąpiona jakąkolwiek inną kategorią subiektywną. Zastąpieniem najłatwiejszym, pozornie bezbolesnym (ponieważ nie jest ono poprzedzone żadnym ostrzeżeniem) jest to, które postrzega Chrystusa nie jako "dar", który otrzymujemy, lecz jako "przykład", który musimy naśladować. Jest to dewiacja pelagiańska, obecna zawsze jak zasadzka w życiu człowieka. Wymiana pomiędzy "Chrystusem - darem" a "Chrystusem - przykładem" pozwala na to, że człowiek kontynuuje szukać siebie samego, pragnie osiągnąć własną sprawiedliwość poprzez swoje czyny. Ten, kto czci "Chrystusa - dar" jest w stanie zaakceptować Kościół jako obiektywny depozyt daru, niezależnie i pomimo "złych przykładów" tych, którzy żyją w Kościele. Dla tego zaś, który w Chrystusie nie widzi nic więcej, aniżeli "przykład", Kościół, pełny złych przykładów, staje się podstawową obiekcją przeciwko Chrystusowi. Chrystus zredukowany jedynie do modelu i świadectwa moralnego prowokuje skandal chrześcijan samymi sobą, ponieważ nie wiedzą już co ich odróżnia od innych, którzy oferują taki sam, lub nawet lepszy "przykład", bez bycia chrześcijanami.
W ten sposób życie chrześcijańskie na początku zaczyna być dumnym moralizmem a następnie konsekwentnym laksyzmem z powodu pułapki w jaką się popadło. Taki brak koherencji moralnej zamyka i definiuje stopniową utratę wiary, która wydaje się być nieużyteczna do osiągnięcia ideału moralnego. W tym momencie obiektywne pomoce, jak wezwanie do miłosierdzia, które spoczywa w sakramencie, stają się bez znaczenia".

2. "Ten, kto do tej pory nie ma wiary, z trudnością odkryje w chrześcijaństwie młodzieńczy (w sensie żywotny) ruch, pewną obietnicę na lepsze jutro".

L’evangelizzazione cristiana e le nuove religioni. Una riflessione della redazione di Communio, in “Communio” 52 (1980), 51-62.

środa, 11 listopada 2015

Kilka myśli na XXXIII Niedzielę Zwykłą

XXXIII niedziela zwykła, to przedostatnia niedziela roku liturgicznego. W czytaniach mszalnych w tych dniach daje się odczuć pewne napięcie, oczekiwanie. Stopniowo wyłania się z nich prawda o przewidzianym przez Boga ostatecznym losie świata i człowieka. Schyłek roku liturgicznego ma nam przypominać o naszym powołaniu do wieczności, o przemijalności i kruchości świata oraz naszych małych „światów”.

Dzisiejsze czytania, zarówno z Księgi Daniela, jak i z Ewangelii wg św. Marka kreśląc apokaliptyczne wizje pewnego końca, chcą nam powiedzieć, że istnieje kres wyznaczony przez Bożą opatrzność. Dzieje świata, tak bardzo zagmatwane i tragiczne, są – mimo naszych częstych wątpliwości – prowadzone przez Boga ku ostatecznemu celowi, ku pojawieniu się Jego królestwa.

Pierwsze czytanie dodaje nam odwagi – co jest zwłaszcza ważne w tym listopadowym okresie refleksji nad życiem i śmiercią, wspomnień naszych bliskich, którzy przekroczyli już próg wieczności – że zmartwychwstaniemy, że dobry Bóg po naszej śmierci pewnego dnia ponownie wypowie nad nami nasze imię, które jest przecież zapisane w księdze życia. Zawarta w tym czytaniu przestroga o możliwości wiecznego potępienia nie ma na celu straszenia nas, wpędzania w poczucie lęku i winy. 

Dojrzałość chrześcijańska przejawia się w świadomości, że będę musiał odpowiedzieć za moje czyny popełnione podczas życia. Czyny dobre będą wynagrodzone, za czyny złe, za grzechy i nieprawości muszę pokutować – czy to już tu na ziemi, czy też kiedyś, przed Bożym majestatem. Zawsze wraca do mnie wówczas ten obraz z katechez Izraela, że oto na sądzie ostatecznym anioł Boży ukaże mi ampułkę ze łzami osób, które przeze mnie płakały, którym zadałem ból i cierpienie. Nie możemy nigdy tracić z oczu tej perspektywy wieczności.

Ale to słowo, oprócz wymiaru pewnej przestrogi, jest również zachętą do świętego życia, opartego o sprawiedliwość i miłość, o przeżywanie swojej codzienności w pokorze i prostocie, w służbie Bogu i bliźnim, w uwielbieniu Boga za najprostsze przejawy Jego obecności. Żyjąc w ten sposób, nie będziemy lękali się przyszłości, będziemy szli ku wieczności z odwagą, jak po obiecaną nagrodę, jak na spotkanie z najukochańszą osobą – bo tak też w istocie będzie: w miłości Boga spełniają się i otrzymują doskonały wymiar wszystkie nasze ziemskie miłości, nasze ludzkie relacje przyjaźni, kochania, współczucia – oczyszczone i udoskonalone, wierzymy, że będą nam towarzyszyć. Zapowiedź sprawiedliwego sądu to również nadzieja na to, że Bóg ujmie się za wszystkimi, którzy niesprawiedliwie cierpią. Czasem, gdy bezradnie rozkładamy ręce, gdy oczy zroszone są łzami, gdy w gniewie zaciska się nasza pięść, bo tak reagujemy, to właśnie pamięć o Bożej sprawiedliwości, o tym, że jest kres zła wyznaczony przez Boga i również Jemu znany jest kres złoczyńców, przynosi nam ulgę i nadzieję.

Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii zachęca nas do czujności, do umiejętnego odczytywania znaków Jego nadejścia. Ale bądźmy ostrożni i nie popadajmy w naiwne profetyzmy. Z jednej strony Pan Jezus mówi, że tak jak obserwujemy świat stworzeń, przyrody (drzewo figowe) i na tej podstawie wyciągamy wnioski o czasie plonu, zbioru owoców, zmianie pory roku, to podobnie mamy obserwować wydarzenia, jakie dokonują się na świecie. Chrześcijanin, który opiera swoje życie na Bogu, znajduje siłę w intymnej relacji z Bogiem na modlitwie, w słuchaniu jego Słowa, w karmieniu się Najświętszą Eucharystią, będzie umiał rozeznać prawdziwe nadejście Pana. Będzie potrafił odrzucić fałszywe proroctwa, mające czasem pozory prawdy, i skupić się na tym jedynym przyjściu, na które przecież z utęsknieniem czeka. A z drugiej strony sam Chrystus zapewnia, że ten moment pozostanie na zawsze tajemnicą.

Wspaniałym utwierdzeniem nas w tej drodze jest również Psalm 16, który nazywamy mesjańskim, gdyż jego słowa odnoszą się do Chrystusa i w Nim znajdują swoje wypełnienie. To tych słów używa św. Piotr w swojej przemowie po zesłaniu Ducha Świętego: oto w Chrystusie spełnia się obietnica, że Sprawiedliwy nie pozostał w grobie, powstał z martwych. Z tego faktu wypływa dla nas nadzieja, że jest przygotowane każdemu z nas wieczne szczęście po Bożej prawicy, że pokornie ufając Bogu i opierając się o Niego, On sam będzie nas strzegł i nieustannie ukazywał nam ścieżkę życia pośród tylu innych, prowadzących ku śmierci.

wtorek, 25 marca 2014

Kilka myśli na IV Niedzielę Wielkiego Postu

Liturgiczny okres Wielkiego Postu ma podwójny charakter: chrzcielny i pokutny. Jest to czas, w którym wszyscy, jako wspólnota Kościoła, wstępujemy na świętą górę Paschy. Ochrzczeni, poprzez pokutne praktyki, przygotowują się do odnowienia swych chrzcielnych przyrzeczeń, katechumeni natomiast, poprzez specjalne ryty i skrutinia, zmierzają do przyjęcia sakramentów wtajemniczenia chrześcijańskiego podczas nocy paschalnej (por. List okólny o przygotowaniu i obchodzeniu Świąt Paschalnych, 6). W tym też kluczu katechetycznym napisane są poszczególne Ewangelie III, IV i V niedzieli Wielkiego Postu. Chrystus objawia się w nich jako „woda życia” (III), „światłość świata” (IV) oraz „zmartwychwstanie i życie” (V).

Oczywiście, choć większość z nas przyjęła sakrament chrztu świętego w dzieciństwie, a gwarantami przekazania nam wiary byli rodzice i chrzestni, to jednak czujemy potrzebę nieustannego odnawiania się w wierze, zstępowania do wód chrztu, aby jeszcze pełniej zrozumieć nasze chrześcijańskie powołanie. Temu służy właśnie okres Wielkiego Postu, jego bogata symbolika, odpowienie lektury biblijne, zewnętrzne znaki. Kościół zaprasza nas do wyruszenia w tę drogę, której zwieńczeniem będzie blask paschału przypominający i uobecniający tę noc, 

„która światłem ognistego słupa rozproszyła ciemności grzechu” i „uwalnia wszystkich wierzących w Chrystusa na całej ziemi od zepsucia pogańskiego życia i od mroku grzechów”.

Tej nocy, na którą czekamy, rozbrzmi ponownie radosne „Alleluja!”, a my będziemy mogli ponownie wyrzec się zła i odnowić naszą przynależność do Chrystusa.

Trzeba nam więc wsłuchiwać się w dzisiejszą Ewangelię, dać się przez nią dotknąć, skonfrontować, zidentyfikować się z tym ślepcem, który zostaje w cudowny sposób uzdrowiony przez Chrystusa. Co oznacza być niewidomym? Mogę tutaj tylko teoretyzować, próbować wyobrazić sobie, jak takie życie może wyglądać. Jakaś ogromna niepewność w stawianiu kolejnego kroku, poczucie krzywdy bycia okradzionym z piękna tego świata. Uporczywe poszukiwanie kogoś, kto mógłby tę ślepotę wyleczyć – chwytanie się każdej nadarzającej się okazji… Na płaszczyźnie czysto ludzkiej czy nie jest tak, że nasza umiejętność widzenia jest dla nas tak oczywista, że przestaliśmy praktycznie doceniać ten dar? Przyzwyczailiśmy się, że widzimy, że jesteśmy świadkami (świadek, to ten, który widział i może o tym zaświadczyć) tysięcy zdarzeń, nie zadziwiają nas zmieniające się pory roku, blask słońca, biel śniegu czy kwitnące kwiaty… Warto może czasem, zamiast narzekania, ucieszyć się tym, co mamy.

Ewangeliczny ślepiec symbolizuje człowieka, który bez światła wiary, bez spotkania z Chrystusem pozostaje niewidomy: nie widzi albo też nie widzi właściwie, jego obraz rzeczywistości jest zafałszowany. Sposób życia, działania, myślenia i mówienia takiego człowieka nie wypływa z relacji z Chrystusem, ale ma swoje źródło w osobistych przekonaniach i osądach. Jego natura jest bowiem zraniona grzechem pierworodnym i nie została jeszcze całkowicie uleczona. Trzeba w tym miejscu powtórzyć nauczanie Kościoła, mianowicie że grzech ma swoje skutki w życiu człowieka. Nie jest, jak to wielu pojmuje, dobrą rzeczą, a zakazaną przez księży, lecz destrukcyjną siłą, upokarzającą każde Boże dziecko. I więcej, grzech, obok niszczenia relacji z Bogiem i bliźnim, sprawia w człowieku to właśnie, że nie potrafi on właściwie widzieć rzeczywistości. Jest przedziwna zależność między życiem w łasce a trzeźwym osądem rozumu, który pozwala właściwie wybrać! Znów możemy powrócić do nocy paschalnej, kiedy to ciemności świątyni zostają przełamane, zwyciężone blaskiem paschalnej świecy. Ta ciemność, zanim rozbłyśnie światłem, jest przerażająca. Człowiek uświadamia sobie, że nie może zrobić ani kroku, bo nie wie, co go czeka – czy się nie potknie, czy kogoś nie zrani… Nie zna drogi, jest bezradny. I to właśnie pokazuje relacja Chrystusa i ślepca z dzisiejszej Ewangelii. Jezus jest tym, który przywraca wzrok, pozwala widzieć świat, fakty, własne życie takimi, jakie są.

Sposób, w jaki Chrystus uzdrawia ślepca, może wydawać się dziwny, wprost upokarzający. Jezus spluwa i czyni ze swej śliny i piasku błoto, którym okłada jego niewidzące oczy. Jest niczym Stwórca, który ponownie kształtuje człowieka, odnawia jego zepsutą grzechem naturę. Błoto nałożone na jego oczy to również symbol Bożego słowa, które sprawia, że powoli, niełatwo, ten, kto słucha, zaczyna widzieć. Jedynie ono bowiem ma do nas, jako dzieci Kościoła, pełne prawo! Tylko Chrystus ma prawo interpretować nasze życie! Ileż to razy cierpieliśmy, słuchając innych nauczycieli, pozwalając się dotykać innym lekarzom! Ważne jest również posłuszeństwo ślepca. Robi dokładnie to, co nakazuje mu Jezus. Bez dyskusji, bez negocjacji, czy innego mojego „widzimisię”. To także wyzwanie dla naszego indywidualizmu: poddać się Jemu, jedynemu, który wie, co jest dla mnie najlepsze i gdzie znajduje się moje uzdrowienie.

Niech więc nasza droga ku górze Paschy będzie bogata w rozmyślanie nad naszą ślepotą. Nie bójmy się analizować naszego życia, nazywać po imieniu te wszystkie rzeczywistości, które zasklepiają bielmem nasze oczy. Dziś, na tej liturgii, obecny jest Boski Lekarz, światłość świata. Pozwólmy się Mu dotknąć, poprowadzić do obmywających źródeł sakramentów, aby żyć i widzieć naprawdę.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Zapomnienie o Bogu

Czy żyjemy w epoce zapomnienia o Bogu? A może, jak mówi mój Profesor, ludzie zapomnieli o tym, że zapomnieli o Bogu. Widząc, że "i bez Boga wszystko działa dobrze" (Bonhoeffer), wielu wygasiło to pytanie w swym sercu.

Ale czy ludzie stracili wiarę? Byłoby to w pewnym sensie lepsze rozwiązanie. Mając bowiem niegdyś wiarę, zachowują pamiątki wiary w sercu, a więc zawsze mają dokąd wrócić, zawsze ta ścieżka powrotu do domu jest w zasięgu ręki, a i ten dom czeka cierpliwie.... i można dostrzec, że migoce wciąż światło na zewnątrz, i przedziera się uparcie przez gałęzie drzew w najciemniejszą, deszczową i zimną noc.

Obawiam się jednak, że wielu młodych ludzi nie otrzymało takiego spotkania wiary. Nie zgodzę się z argumentami, że stwarzajmy chociaż dobry klimat w naszych kościołach, to może kiedyś sobie przypomną i wrócą. Nie do klimatu mają wracać a do Jezusa Chrystusa. Nie do młodzieżowego księdza i muzyki pop na liturgii lecz do spotkania ze Zmartwychwstałym.

Z czym wypuszczamy młodzież z naszych duszpasterstw. Czasem się boję, że stawiamy ich na pierwszej linii frontu zupełnie bezbronnych.

środa, 11 kwietnia 2012

Wywiad dla e-sancti.net: Kapłaństwo - świadectwo wspólnoty czy samotnego zmagania?



Maria Rachel Cimińska: Rekolekcje na Sancti poświęciliśmy tematowi Powołania, gdzie poruszony został również temat kapłaństwa. Jaki obraz kapłaństwa powinien posiadać człowiek odpowiadając na drogę Bożego wezwania?
O. Sylwester Pactwa: Myślę, że każdy młodzieniec, który rozeznaje w sobie Boże wezwanie, posiada jakiś konkretny obraz kapłaństwa. Powołanie nie jest jakąś rzeczywistością wyrwaną z kontekstu. Jest wręcz przeciwnie. Mamy takie powołania, jakie są rodziny, jakie jest społeczeństwo, jakie są parafie – to jakiś miernik kandydatów do kapłaństwa. Ale bardzo często Pan Bóg, wołając do kapłaństwa, posługuje się konkretnymi księżmi, którzy stanowią dla kandydata jakiś wzór, punkt odniesienia Tak też było w moim przypadku. Patrząc wstecz dostrzegam konkretne twarze kapłanów, którzy stanęli na mojej drodze. Na pewno – sięgając bardzo wysoko – to w tych ostatnich latach takim puktem odniesienia był dla nas Jan Paweł II. To właśnie jego książkę „Dar i Tajemnica”, napisaną z okazji rocznicy 50-lecia własnego kapłaństwa, otrzymałem na 18–te urodziny od moich rodziców.
Poza tym szczególnym miejscem rozeznawania powołania jest liturgia. To wciąż spośród służby liturgicznej mamy najwięcej powołań. Dlatego też tak istotne jest piękno liturgii. Więcej w sprawie powołania zrobimy celebrując pięknie eucharystię, niż mówiąc najmądrzejsze konferencje. Widok księdza rozmiłowanego w Jezusie Chrystusie i Jego Kościele jest najpiękniejszą”powołaniówką”.
Oczywiście, w młodzieńczym wieku wiele osób i spraw się idealizuje. Takie jest prawo młodości. Wydaje się, że jestem w stanie „zbawić” świat. Później wyidealizowany obraz siebie, Kościoła i księży oczyszcza się, oszlifowuje. I tak musi być. Apostołowie wezwani przez Pana Jezusa też nie wiedzieli dokąd ich ta droga zaprowadzi. Gdyby od razu poznali swoją przyszłość myślę, że zrezygnowaliby z tej przygody, Ja przynajmniej chyba bym tak zrobił. Natomiast Chrystus jest wspaniałym pedagogiem i stopniowo wprowadza w dojrzałość.
M.: Każdym sterują pewne stereotypy, tak jest też w kwestii widzenia kapłanów - jak ludzie świeccy zniechęceni posługą kapłańską mogą się przekonać do wiarygodności kapłaństwa?
O.S.: Stereotypy mogą być bardzo krzywdzące. Sam widzę to po sobie, że nieraz uprzedzam się do kogoś lub czegoś, bazując jedynie na obiegowej opinii. W natłoku codziennych informacji obywamy się niestety ze stereotypami, z etykietkami naklejanymi na konkretne wydarzenia, a także przestajemy zważać na słowa, jakie wypowiadamy. Myślę, że powinniśmy jako chrześcijanie wytworzyć w sobie jakąś wewnętrzną zaporę, poprzez którą będziemy przepuszczać tylko rzeczy sprawdzone i dobre.
Zniechęcenie niektórych ludzi świeckich do kapłanów ma na pewno swoje źródło w stereotypach i w niesłusznych, krzywdzących ugólnieniach. Łatwiej jest dostrzec zło wyrządzone przez jednego księdza aniżeli dobro, jakie każdego dnia wykonują setki księży, braci i sióstr zakonnych.
Z jednej strony antyklerykalizm może być zawiniony poprzez nasze niedostateczne świadectwo życia, ale z drugiej strony istnieje też pewna duchowa strona antyklerykalizmu inspirowanego przez Szatana, który nienawidzi Kościoła i jego sług. My, którzy każdego dnia celebrujemy Najświętszą Ofiarę, jednamy ludzi z Bogiem i wspólnotą Kościoła, jesteśmy szczególnie narażeni na pociski Złego. O tym zdaje się wielu naszych świeckich braci nie pamiętać. Ostatnio mocno dotyka mnie obraz kapłana jako pasterza. My, oparci o Chrystusa – Najwyższego Pasterza – mamy być oparciem dla wiernych, jakimś jasnym punktem odniesienia – również poprzez strój. W wiernych ma być świadomość, że zawsze jest ktoś, do kogo mogą przyjść. Że ten kościół jest otwarty, że tam ktoś czeka, że na zewnątrz świeci się światło i gościnnie zaprasza, aby wejść.
Przezwyciężyć stereotypy możemy poprzez świadectwo własnego życia, poprzez osobiste, konkretne „bycie dla” drugiego. Oczywiście, że to boli, że to ofiara – bo oddaję swoje życie. Ale właśnie kapłaństwo, aby być prawdziwe, Chrystusowe, musi posiadać ten wymiar ofiary, umierania dla braci. Z drugiej strony krzywdzące stereotypy to też pole dla wiernych świeckich. To oni przecież codziennie są zanurzeni „w tym” świecie, posiadają różnorakie relacje z ludźmi również uprzedzonymi do Kościoła. To może właśnie w biurach, w warsztatach, podczas przerwy śniadaniowej czy „lunchu” jest ten moment, aby świecki katolik rozmawiał merytorycznie z adwersarzami czy po prostu z ludźmi niezorientowanymi bądź poszukującymi i ukazywał prawdę. Nie koloryzował czy wybielał, lecz ukazywał, na ile potrafi i zna, prawdę.
Różne formy „ataku” na Kościół mogą i powinny mieć również pozytywne zadanie. Mogą nas zmotywować o bycia świętszymi, do skoncentrowania się na istocie naszego kapłańskiego powołania: „Nie dając nikomu sposobności do zgorszenia, aby nie wyszydzono posługi” (2 Kor 6,3).
M.: Każdego zachęca się do bycia we wspólnocie – jak ową wspólnotę budują kapłani?
O.S.: Życie chrześcijańskie jest z natury wspólnotowe. I stąd te tak częste zachęty aby swoją drogę wiary realizować we wspólnocie Kościoła. Parafia jest tą przestrzenią, w której powinniśmy doświadczać źycia wspólnotowego. Anonimowość i osamotnienie to dwie rzeczywistości, które nie mają nic wspólnego z życiem chrześcijańskim. To też jest jakiś mój wenętrzny problem, z którym się borykam. Fakty są bowiem takie, że nasze wspólnoty parafialne często są olbrzymie i trudno jest zbudować relację z ludźmi z ławki obok. Załóżmy, że jestem osobą samotną i przestaję przychodzić do kościoła, ponieważ doświadczam jakiegoś strasznego kryzysu egzystencjalnego, wali mi się świat, tracę wiarę i w efekcie – nie ma mnie w kościele. To czy o tym ktoś wie? Czy ktoś się mną przejmie? Może sąsiad z ławki albo spod filara. I tyle. I to mnie jakoś mocno zastanawia – jak właśnie mają funkcjonować nasze parafie? Ojciec Święty Benedykt XVI podczas spotkań z młodzieżą wielokrotnie zachęcał, aby szukała różnych grup i wspólnot oraz aby podejmowała działalność w wolontariacie.
Kapłani są chrześcijanami, są pasterzami ale i braćmi we wspólnocie parafialnej i kapłańskiej. I oczywiście nas dotyczy to samo. Ja mam doświadczenie życia zakonnego, ono jest inne niż życie kapłana diecezjalnego. W pewnym sensie nam może być łatwiej, ponieważ nasze struktury niejako nas konstytuują wspólnotowo. Codzienna Eucharystia, codzienne modlitwy wspólnotowe, okresowe „revisio vitae”, wspólne posiłki, wspólne oglądanie telewizji – to na pewno pomaga. Oczywiście, że nawet we wspólnocie zakonnej może ktoś być zewnętrznie obecny a jednocześnie duchowo zupełnie gdzie indziej lub – co gorsza – osamotniony. Osamotnienie jest sytuacją na wskroś demoniczną, dlatego nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem, a tym bardziej z kapłaństwem. Dlatego tak ważne jest budowanie wspólnoty kapłańskiej czy zakoknnej nie w oparciu o nasze ludzkie projekty, lecz o Chrystusa, który nas tutaj powołał, i któremu służymy. Jeśli On będzie w centrum, jeśli Chrystus będzie moim „pryzmatem”, to nigdy nie skażę żadnego brata w kapłaństwie czy życiu zakonnym na osamotnienie.
M.: Czy Kościół ze swej strony wszystko uczynił aby przyszłych kapłanów już w seminarium uczyć bycia we wspólnocie czy też jest wręcz odwrotnie?
O.S.: Trudno mi wypowiadać się na temat całego Kościoła. Wiem to, co ja otrzymałem w seminarium i jestem za to wdzięczny. Z jednej strony otrzymałem bowiem głębokie poczucie ważności mojej wspólnoty zakonnej, jako mojej codzienności. Mam świadomość, że gdziekolwiek jestem, jestem reprezentantem mojego Zgromadzenia, jestem zawsze i wszędzie redemptorystą. Z drugiej strony otrzymałem formację do pracy we współczesnym Kościele, który w dużej mierze, na płaszczyźnie parafialnej, jest oparty o wpólnoty. Wspólnoty parafialne to nie są fanaberie ludzi świeckich, jakiś kolejny obowiązek, który wrzuca się księdzu na barki. To owoc działania Ducha Świętego w Kościele. Jeśli Bóg wzbudza charyzmaty i umieszcza je w Kościele, to ja nie mogę z tym dyskutować, lecz muszę być posłusznym. Zamknięcie się na to działanie Ducha Świętego jest śmiercionośne. Może się bowiem okazać, że nie rozpoznamy „czasu naszego nawiedzenia” i Chrystus pokornie przejdzie dalej i odda „winnicę” w inne, bardziej pokorne i otwarte ręce. Tam, gdzie w kościołach kwitnie życie liturgiczne, charytatywne, gdzie jest – oczywiście na miarę możliwości – wielki, wielokwiatowy ogród różnych wspólnot – tam są zawsze powołania kapłańskie i zakonne, tam rodzą się charyzmaty misyjne, tam tętni życie. A tam gdzie myśli się jedynie o pewnym ustabilizowanym życiu, całkowicie zabezpieczonym, bez ryzyka, bez niedogodności – też jak na dłoni widać, że to życia nie przynosi.
M.: Czy osoba świecka, jest zdolna zastąpić kapłanowi współbrata w kapłaństwie?
O.S.: Nie i nie powinna. Ale może inaczej na to spojrzę. W życiu kapłana muszą być i kapłani i świeccy. Jako stosunkowo młody kapłan bardzo potrzebuję świadectwa świętości innych kapłanów. Potrzebuję widzieć przed sobą tych, którzy już przeszli pewną drogę, którzy walczyli ze swymi słabościami, popełniali błędy i je naprawiali, którzy zawsze kochali i wciąż kochają Kościół. Potrzebuję takich punktów odniesienia, oparcia. Stąd tak ważne jest dla mnie to, aby mieć relacje nie tylko z księżmi młodymi, ale również ze starszymi. Na to zwrócił uwagę Benedykt XVI będąc wroku 2006 w Polsce. Na spotkaniu z księżmi powiedział, że młody kapłan musi mieć pewnego przewodnika, ojca, który będzie go wprowadzał w świat kapłańskiego życia. To bardzo ważne. Po seminarium jest się „zbawicielem” świata, nie ma rzeczy niemożliwych. A to nieprawda. I obecność takiego „starszego brata” jest niezwykle pomocna, aby motywować, a gdy trzeba to i hamować. Tu też istotna sprawa spowiedzi kapłańskiej. Spowiednika nie zastąpi żaden świecki człowiek.
Z drugiej strony jako ksiądz potrzebuję obecności świeckich, dla których uświęcenia jestem ustanowiony. To relacja obustronna. Moje życie, moja posługa, ma dla nich stanowić jasny drogowskaz życia. A dla mnie ich obecność ma być jeszcze większą motywacją aby oddać siebie. Bardzo potrzebuję widzieć rodziny, małżeństwa, które żyją w jedności, kochają się, służą sobie wzajemnie. A oni potrzebują widzieć moje oddanie Kościołowi, konkretnej wspólnocie. Widzę tutaj też ogromne bogactwo celibatu i ślubu czystości. Kapłan jest poślubiony swojej wspólnocie, ona jest jego oblubienicą. Jeśli nie jestem zaślubiony żadnej konkretnej kobiecie, rodzinie – to znaczy, że każdy ma do mnie prawo, że ja jestem tutaj dla wszystkich bez wyjątku.
Ogromnie cenię sobie relacje z rodzinami. Kiedy się z nimi spotykam, rozmawiam, widzę jak wygląda życie codzienne, jakie mają radości i smutki. To mnie ustrzega przed wyalienowaniem się, przed bujaniem w chmurach. My, księża, musimy stąpać twardo po ziemi, być realistami i jednocześnie serce mieć przy Bogu i ludziach. A cóż bardziej może nam pokazać realność życia, aniżeli rodzina. Wszyscy z nich wyszliśmy, mieliśmy swoje obowiązki, prace. I nigdy nie możemy tracić tego z oczu. Jeśli doświadczyłem co to ciężka praca ojca i matki, jeśli sam miałem swoje obowiązki, to nigdy nie będę dyrygował i pokazywał palcem. Habit czy sutanna się nie rozpruje jeśli schylę się po śmiecia, umyję toaletę, korytarz czy zmyję po sobie naczynia...
Osobiście mam kontakt z wieloma rodzinami, które są na Drodze Neokatechumenalnej. I widzę, że one – oprócz tych codziennych zmagań, bardzo przyziemnych – odnajdują w sobie ducha misyjnego, chcą ewangelizować, wyjeżdżać na misje – często z dużą liczbą dzieci. Obcowanie z tymi ludźmi jest na pewno płodne dla kapłaństwa. Niesamowicie motywuje i czasem wręcz mówi: przestań się nad sobą użalać i idź naprzód.
Dziś 2 kwietnia, siódma rocznica śmierci Jana Pawła II. On przecież był cały czas otoczony ludźmi świeckimi, jego pasjonował człowiek. Jestem przekonany, że każdy kapłan może właśnie w Janie Pawle II odnaleźć wzór relacji ze świeckimi. To droga piękna i owocna.


M.: Bóg zapłać za rozmowę.

piątek, 4 listopada 2011

O śmierci, wieczności i nekrologach słów kilka

Początek miesiąca listopada skłania nas zazwyczaj do zadumy nad tajemnicą naszego przemijania. Dzięki Bogu jesteśmy wprowadzeni w tę refleksję Uroczystością Wszystkich Świętych, a więc od razu ukazana jest perspektywa tej ziemskiej wędrówki. I z tą właśnie świadomością chrześcijanie wspominają swoich zmarłych. To ci, którzy nas poprzedzili w pielgrzymce do Nieba. Trzeba wykorzystać te pierwsze listopadowe dni, zanim wkrótce zostaną stłumione "Bożonarodzeniowym" szaleństwem. 

Zawsze, ilekroć idę na cmentarz, wraca do mnie pytanie: a kiedy ja? I cały czas zmagam się w sobie, aby przezwyciężyć tę mentalność, że moja śmierć nie tyle będzie zostawieniem świata, ile raczej pójściem w ramiona kochającego Boga. Bo rzeczywiście, niby chcę żyć wiecznie, ale.... jeszcze nie dziś! To kiedy? To wie Dobry Bóg.

Pracując w duszpasterstwie cieszyłem się zawsze, ilekroć przypadała mi kolejność sprawowania pogrzebu. Uważam, że ta liturgia (msza święta i obrzędy pogrzebu) jest ogromnym skarbem, aczkolwiek wciąż nieodkrytym. Ze słów i znaków pogrzebowych płynie potężna moc Dobrej Nowiny. Celebrując pogrzeb jesteśmy razem z Chrystusem na Kalwarii ale i doświadczamy tego przebłysku nadziei, jaki ogarnął niewiasty widzące pusty grób. Uważam, że liturgia pogrzebowa może i musi stać się szczególnym momentem obwieszczania Chrystusa Zmartwychwstałego. A poszczególne etapy (słowo Boże, pięknie sprawowana Eucharystia - bez pośpiechu!!!, śpiewy, pokropienie i okadzenie trumny, słowo do rodziny) mogą stać się miejscem czasem spotkania wiernych ze Zmartwychwstałym Panem.

I jeszcze jeden wątek, nurtujący mnie od jakiegoś czasu: nekrologi. Uważam, że zamieszczanie przez chrześcijan nekrologów zarówno w  miejscu zamieszkania, w gablotach parafialnych, jak i w prasie powinno miec wymiar EWANGELIZACYJNY. Nekrolog nie może być tylko informacją o śmierci bliskiej osoby. Co gorsza, ta informacja często jest BEZNADZIEJNA, w tym sensie, że nie napawa żadną nadzieją, nie otwiera perspektywy życia wiecznego. Do tej refleksji skłonił mnie pewien nekrolog, który przeczytałem w watykańskim dzienniku L'Osservatore Romano. W tym nekrologu, zamieszczonym przy okazji śmierci jednego z hierarchów, napisane było, że "N.N. POWRÓCIŁ DO DOMU OJCA". Oczywiście przypomniały mi się momenty, gdy odchodził Bł. Jan Paweł II. Ale zdałem sobie również sprawę, że tak zamieszczony nekrolog ukazuje mi zupełnie inną perspektywę. Dotychczas widziałem w nekrologach przede wszystkim rodzinę: pogrążoną w bólu, nieutuloną w żalu... A taki nekrolog przekłada akcent na Zmarłego, jako OSOBĘ, którego DUSZA ŻYJE. A więc nekrolog może i (w przypadku wierzących chrześcijan) MUSI mieć wymiar ewangelizacyjny - by człowiekowi, który zatrzyma się nad nekrologiem, ta lektura obwieściła prawdę o życiu wiecznym, o tym, że zmarły trwa w Bogu.

Oczywiście od strony praktycznej wiąże się to z pewnymi utrudnieniami, bo trzeba zmienić szablon, bo trzeba więcej zapłacić, bo co pomyślą ludzie, itd. Niech jednak zawsze dodaje nam odwagi  ta nadzieja, że nasi zmarli poprzedzili nas w drodze do domu Ojca, do którego wszyscy my również zdążamy. Nekrolog może być tym miejscem, od którego w życiu wielu osób może zacząć się przemiana.

Chrześcijanin żyje paschalnie, umierając zyskuje życie. Zarówno w małych śmierciach dnia codziennego, jak i w tej największej walce, jaką kiedyś zmierzymy, gdy zamkniemy oczy, ustanie nasz oddech i... ujrzymy Go takim, jakim jest. I już na wieki nic nas nie odłączy od miłości Boga objawionej w Chrystusie Jezusie.

"Kto nas odłączy od Jego miłości....?"


środa, 9 marca 2011

Miejsce Kobiety we Wspólnocie, w Kościele

Bardzo interesująca audycja z Katolickiego Radia Podlasie z udziałem Ks. Bpa Kiernikowskiego oraz kilku Niewiast o roli Kobiety w Kościele (08.03.2011). 



czwartek, 17 lutego 2011

Brawo, Księże Biskupie!

Od dłuższego już czasu nurtuje mnie temat odpowiedniego przygotowania ludzi do przyjmowania sakramentów inicjacji chrześcijańskiej. Niejednokrotnie w różnych rozmowach ze współbraćmi, księżmi, czy też świeckimi poruszaliśmy tę sprawę - co robić, aby udzielane sakramenty były przyjmowane świadomie, dojrzale? Co robić, aby chrzest dziecka, czy też jego komunia, ślub nie były tylko oznaką tradycji, zwyczajem lecz dojrzałym wejściem w życie wiarą?

W duszpasterskiej pracy często jest się bezradnym. W obliczu anonimowości naszych miejskich parafii, w obliczu kryzysu wiary i porzucania praktyk religijnych często brakuje "narzędzi", które pomagałyby prowadzić parafian do dojrzałej wiary i do właściwego przyjmowania sakramentów. Nie chodzi o to, aby "mieć chrzest" czy "mieć komunię" lecz o wejście w logikę tego, co te sakramenty oznaczają, chodzi o spotkanie się z żyjącym Jezusem Chrystusem, Zmartwychwstałym Panem, który daje się nam we wspólnocie Kościoła.

Nigdy nie ukrywałem swojej fascynacji posługą biskupią Księdza Biskupa Zbigniewa Kiernikowskiego. Od 2002 roku, kiedy to przyjął sakrę i został skierowany do pasterzowania w diecezji siedleckiej, bardzo uważnie "śledzę" tę posługę. Na pewno wpływ na to ma związek Biskupa Kiernikowskiego z Drogą Neokatechumenalną, z którą też od lat szkoły podstawowej jestem związany. W swojej pracy Ks. Biskup kładzie duży nacisk na formację chrześcijańską diecezjan, na pogłębianie życia wiarą, na poznawanie liturgii oraz na egzystencjalną lekturę Pisma Świętego. Od kilku lat konsekwentne wprowadza w diecezji program duszpasterski "Chrzest w życiu i misji Kościoła" (była niedawno mowa, aby ten program przeszczepić do całego Kościoła w Polsce). Wykorzystuje do tego nowoczesne środki przekazu, jak radio (Katolickie Radio Podlasie) oraz blog (E-rozmowy o Dobrej Nowinie). Jego nauczanie jest również dostępne w sieci w archiwum radia oraz na specjalnie stworzonej stronie z plikami audio. Doceniam Biskupa za odważne i trudne kroki mające na celu prowadzenie ludzi do dojrzałej wiary (np. wskazówki dla duszpasterzy dotyczące udzielania sakramentów). Ostatnio zaś Ksiądz Biskup wprowadził w całej diecezji ujednolicony sposób przygotowywania rodziców i chrzestnych do sakramentu chrztu. Proszący o chrzest rodzice są zobowiązani wziąć udział w katechezach omawiających cztery grupy tematyczne (człowiek, etapy historii zbawienia, misterium paschalne Jezusa Chrystusa i liturgia sakramentu). Spotkania te nie mają być jedynie suchymi wykładami, lecz uczestnicy będą mogli odnajdywać się w omawianych zagadnieniach, szukać w tej zbawczej historii światła na swoje życie (audycja na ten temat TUTAJ).

Jest pewne, że nie wystarczy dziś tzw. zwyczajowe bycie chrześcijaninem. Presja świata wraz ze swą antychrześcijańską ideologią jest tak silna, że często jesteśmy bezradni. Problem też w tym czy rzeczywiście chrześcijaństwo jest tą drogocenną perłą, za którą warto oddać życie, czy Jezus Chrystus jest tym Najpiękniejszym, za którym warto pobiec? 
"Zabierz mnie ze sobą pójdziemy, pociągnij mnie za sobą biegnijmy, bardziej niż wino Twa miłość nas upaja, o jak cudownie kochać Ciebie. Powiedz mi Ty, o miły memu sercu, powiedz gdzie pasiesz swoją trzodę, abym już odtąd przestała być włóczęgą, przy trzodach innych pasterzy" (por. Pnp 1,2nn)
Właśnie inicjacja chrześcijańska od najmłodszych lat w parafiach ma prowadzić ludzi do zawierzenia swego życia Jezusowi Chrystusowi. On nie jest tylko jakimś tam autorytetem moralnym, nie jest po prostu nauczycielem. On jest jedynym Zbawicielem świata, który ma odpowiedź na każde nasze pytania, ma światło na cierpienie w naszym życiu, na krzyż, który się objawia.

Czasy, w których chrześcijaństwo-katolicyzm w Polsce były sprawą oczywistą - mijają!!! Pokazują nam to wydarzenia z ostatnich miesięcy - antyklerykalna walka z krzyżem. Odpowiedzią na te procesy jest nasze nawracanie się i wchodzenie w dojrzałe chrześcijaństwo, w intymną relację z Jezusem Chrystusem.

Dzięki takim inicjatywom, jak te Biskupa Kiernikowskiego - mamy możliwość dojrzewać w wierze pod czujnym okiem Pasterza. Brawo, Księże Biskupie! Życzę wielu łask i sił - zwłaszcza wobec walki z chorobą.  Dziękuję za wiele światła. 

wtorek, 25 stycznia 2011

Szawle, Szawle...


Szaweł – dyszał żądzą zabijania.
Liturgia dnia dzisiejszego stawia nam przed oczy postać Apostoła narodów, św. Pawła. Dzisiejsze święto ukazuje moment, w którym Szaweł spotyka Zmartwychwstałego Pana. To spotkanie diametralnie odmienia jego życie. Szaweł jest osobiście zaangażowany w walkę o czystość religii żydowskiej. Starannie wykształcony w prawie Izraela widział w rodzącym się Kościele zagrożenie dla wiary oraz skandal, że oto ukrzyżowany skazaniec jest rzekomym mesjaszem, synem Bożym.
Dzieje Apostolskie informują nas, że Szaweł „siał grozę i dyszał żądzą zabijania uczniów Pańskich” (Dz 9,1). Jego wrogość wobec chrześcijaństwa nie była więc tylko słowna, merytoryczna, lecz ukonkretniała się w czynach: Szaweł wtrącał do więzień mężczyzn i kobiety. Był zdeterminowany.
W jego gorliwej postawie możemy dostrzec niebezpieczeństwo uczynienia z religii oręża do walki z wrogami własnej wiary, a często po prostu z wrogami własnego – postrzeganego za jedynie słuszny – punktu widzenia, własnych racji. Może wybuchnąć taki poziom fanatyzmu, że w konsekwencji niszczyć będziemy naszych bliźnich w imię jakiegoś „boga”. A człowiek nigdy chyba nie jest tak zły, jak wówczas, gdy mylnie jest przekonany o tym, że czyni coś w imię Boga. Trzeba nam tutaj spojrzeć na nasze życie, na nasze wzajemne odniesienia. Przykładowo – kontekst ostatnich wydarzeń z Krakowskiego Przedmieścia pokazał nam, że bardzo łatwo, w imię krzyża, w imię Jezusa, jesteśmy w stanie z zapałem zwalczać naszych wrogów. Jakbyśmy chcieli tym krzyżem dźgnąć jego przeciwników. Logika Jezusa tymczasem opiera się na pozwoleniu na odrzucenie, na nie bronieniu się, na ukrzyżowaniu za miastem. Szaweł też stopniowo dochodził do tej prawdy.
Spotkanie pod Damaszkiem.
Szaweł zostaje jednak zatrzymany pod Damaszkiem. Ale nie przez ludzi. Zatrzymuje go światłość i głos. Jego zapalczywość, owo „dyszenie żądzą zabijania” zostają zdominowane przez Zmartwychwstałego Pana. Wkroczenie Chrystusa w drogę Szawła jest równie dynamiczne jak jego determinacja do stosowania przemocy. Szaweł zostaje nagle oślepiony – zostaje zabrana jemu w ten sposób jakby możliwość decydowania o sobie; w jednej chwili jego plan został przełamany. Szaweł jest upokorzony, powalony na ziemię, przestraszony.
Ten moment pokazuje nam, że to Bóg jest Panem historii, że On – jak to śpiewamy w pieśni – „każdy zamiar może zniszczyć”. W tej chwili nic nie znaczy wykształcenie Szawła, jego rzymskie obywatelstwo, jego determinacja. W jednej chwili stał się malutki.
Potrzeba nam kroczyć w pewnej kruchości. Pan Bóg naprawdę ma inną logikę aniżeli my w naszych międzyludzkich odniesieniach. Często nasz stosunek do bliźnich uzależniamy od funkcji, jaką oni pełnią, od władzy, bogactwa jakimi dysponują. A te wszystkie przymioty – choć same w sobie dobre – nie stanowią o wartości człowieka. Szaweł – patrząc z zewnątrz na niego – był człowiekiem sukcesu: doskonale wykształcony, posiadał autorytet, wzbudzał respekt, a nawet napawał lękiem. A to jednak Chrystus okazał się silniejszy. Więcej, to Chrystus pokazał Szawłowi prawdę o nim samym oraz ukazał drogę do autentycznej religijności, której kryterium jest miłość do Boga i (każdego!) bliźniego.
Znamienne, że głos, który słyszy Szaweł pyta, dlaczego ten go prześladuje? Przecież ten głos, to Chrystus, Zmartwychwstały Pan, Uwielbiony, będący w chwale Ojca. Ta scena rozgrywa się przecież po wniebowstąpieniu. Chrystus więc utożsamia się z prześladowanym Kościołem, z braćmi i siostrami wtrącanymi do więzienia, z kamienowanymi za wiarę. Kto prześladuje chrześcijanina ten prześladuje Chrystusa. Nie możemy tego wymiaru tracić z oczu zarówno gdy myślimy o prześladowaniach chrześcijan na świecie, ale również wówczas, gdy między sobą jesteśmy poróżnieni, gdy ranimy (słowem, czynem, myślą, obojętnością) naszych bliźnich. Wtedy również wyrządzamy krzywdę ciału Chrystusa, jakim jest Kościół.
Należy również na to utożsamienie się Chrystusa z Kościołem spojrzeć pozytywnie. Gdzie dziś można spotkać Chrystusa? Gdzie można Go dotknąć, doświadczyć? Jezus sam odpowiada: w Kościele – tam, gdzie są bracia i siostry, żyjący w miłości i jedności – tam ja jestem! Nie tyle budynek czy jakaś zewnętrzna struktura, ile raczej wspólnota braci i sióstr słuchających Bożego słowa i karmiących się Ciałem i Krwią Chrystusa. To tutaj objawia się Zmartwychwstały. To tutaj można Go spotkać. Tego samego co pod Damaszkiem.
Spotkanie przemieniające.
Wydarzenia spod Damaszku zapoczątkowują w życiu Szawła – Pawła nowy etap. Dokonuje się radykalna zmiana kierunku jego życia. Z prześladowcy, odpowiedzialnego za uwięzienia chrześcijan i pośrednio również za śmierć – np. Szczepana, staje się apostołem, ewangelizatorem. Spotkanie Jezusa odmienia jego serce. Ten, którego nienawidził, niszczył, stał się miłością jego życia, sensem istnienia. On już nie może inaczej żyć, jak tylko dla Pana. Spotkanie Chrystusa sprawi, że Paweł będzie czuł się pełnoprawnym apostołem. Choć sam do grona dwunastu nie należał, to jednak nie odczuwa żadnych kompleksów wobec „filarów” Kościoła. Poznanie prawdy o sobie i o Chrystusie oczyszcza Pawła. Doświadczenie przebaczenia, jakie otrzymał pomaga jemu kroczyć w pokorze i świadomości własnej słabości. Ważne, że Paweł nie boi się swojej historii. Nie ucieka przed nią, nie koloryzuje jej. Wie jakim był i o tym mówi wprost. Ale mówi również, że Chrystus okazał się większy od jego grzechu i zaślepienia.
Takie patrzenie na własne życie jest dla nas bardzo pomocne. Paweł uczy nas jak iść naprzód, nie będąc niewolnikiem swojej przeszłości, swoich grzechów. Potrzeba nam stawać w prawdzie o sobie: tak, jestem grzesznikiem, ale Bóg tego grzesznika kocha i pragnie uczynić z niego narzędzie zbawienia ludzi. Trzeba nam akceptować własną historię i przyjmować Boże przebaczenie i miłość.
Dla Chrystusa nigdy nie jest za późno, aby kogoś do siebie przyciągnąć. Nie ma takiej sytuacji, takiego zła, grzechu, z których nie wyprowadzałby Zmartwychwstały. Skoro miał moc nad zaślepieniem Szawła, posiada również władzę nad naszym życiem, nad naszymi pogmatwanymi historiami. Jezus zstąpił w każde piekło naszego życia, tam właśnie dociera światło Jego paschalnego cudu.
Krew św. Szczepana.
Pasja, z jaką „młodzieniec zwany Szałem”  prześladował Kościół doprowadziła między innymi do ukamienowania diakona Szczepana. Dzieje Apostolskie informują nas, że w tej egzekucji brał udział jako świadek, ale i też jako pewien autorytet, właśnie Szaweł, u którego stóp świadkowie złożyli swoje szaty podczas kamienowania (Dz 7,58). Istnieje związek pomiędzy męczeńską śmiercią Szczepana a nawróceniem Pawła. Oto w momencie śmierci św. Szczepan modli się za swoich oprawców prosząc, aby zostało im to przebaczone. Umierając Szczepan przedstawia Chrystusowi swoich zabójców. Tak wielka jest moc modlitwy męczennika. Jego krew, połączona z przelaną z miłości Krwią Zbawiciela, staje się posiewem ewangelii. Pierwszym zroszonym tą krwią jest Paweł. Głos Chrystusa pod Damaszkiem w pewnym sensie jest echem modlitwy Szczepana, aby Pawłowi i innym zabójcom zostało przebaczone. Chrystus wysłuchuje prośby męczennika.
Są wokół nas ludzie, którzy tak jak my wyznają Jezusa Chrystusa, kochają Go i spotykają się z Nim we wspólnocie Kościoła.
Istnieją również tacy pośród nas, którzy, choć formalnie, są katolikami, to jednak wiara nie została im nigdy w sposób dojrzały przekazana albo też utraciła swój smak – jak zwietrzała ewangeliczna sól. Ci mogą zostać przez nasze świadectwo „posoleni”. Mogą zobaczyć w naszym życiu inną logikę, logikę ewangelii, miłości Boga i bliźniego. Zobaczą coś, czego nie ma świat, coś, co jest dawane tylko w Kościele: naturę Jezusa Chrystusa objawiającą się w braciach i siostrach, w ich miłości i jedności.
Ale są także ci, którzy wprost prześladują Kościół, jak dzisiejszy patron. Istnieje pewna tajemnica zła w świecie. Są ludzie, instytucje, całe struktury, których celem jest walka z Chrystusem i Kościołem. I ciosy te spadają na konkretnych chrześcijan: na Ciebie i na mnie. Nadzieją na zbawienie tych ludzi jest oddanie za nich naszego życia. Może niekoniecznie od razu w sposób fizyczny. Ale oddanie życia – czyli nie bronienie się wobec spadającego na nas zła. Duch Święty, który w nas żyje dzięki sakramentom oraz głoszonemu słowu, sprawia w nas nową naturę uzdalniającą do miłości wroga. Ten oprawca, który w zamian za swoje zło otrzymuje miłość i przebaczenie oraz modlitwę wstawienniczą ze strony tego, kogo prześladuje, zostaje przez niego niesiony przed Boży tron. Zostaje obezwładniony darmowością Bożej miłości. I właśnie ten fakt może przyczynić się do nawrócenia i pokochania Boga tak, jak się to stało w przypadku św. Pawła.
Stać się narzędziem rozgłaszania ewangelii.
Prośmy, abyśmy nieśli w pamięci historię św. Pawła. Właśnie jego wybrał Chrystus, aby stał się narzędziem rozgłaszania ewangelii. Również nas dziś Zbawiciel posyła w ten świat, abyśmy stali się heroldami Zmartwychwstałego. Każdy z nas musi odnaleźć swój Damaszek, dostrzec ten moment, w którym spotkał Pana. Słowo Boże, sakramenty, historia życia – to te momenty i miejsca, w których spotykamy Zbawiciela. Niech dzisiejszy patron, św. Paweł Apostoł, wstawia się za nami u Chrystusa, abyśmy pobiegli za Nim całym naszym życiem, abyśmy uczynili z Niego – zmartwychwstałego Pana, sens naszego istnienia.